Caye Caulker (29 czerwca 2001)

Dziś jest wielki dzień. Schodzimy na co najmniej 40 metrów i to w dodatku do Blue Hole. Trochę się boimy. No ale co tam – trzeba spróbować. Mojego strachu nie poprawia fakt, że wszystkie przyrządy mam w stopach, a ciśnienie w butli w jakiś tajemniczych jednostkach. Maska jakby trochę za duża, a ustnik od aparatu też jakby sporo za duży. Instruktor informuje nas, że zejście musimy wykonać w ciągu 3 minut. Schodzi nas 12.

W całym tym zamieszaniu gubię Włodka i cała jestem przerażona. Rozpaczliwie rozglądam się dookoła i nigdzie go nie widzę. No i co ja mam teraz zrobić? Reszta grupy nie oglądając się za nikim schodzi w dół. Pamiętam, że z tyłu ma schodzić jeszcze jakiś instruktor, który ma zebrać maruderów. Schodzę w dół. Jestem tak przerażona, że nie ma ze mną Włodka, że nawet nie zauważam zejścia w dół, prawie się zderzam z rekinem i uspokajam się dopiero, jak Włodek chwyta mnie za rękę. Dopiero wtedy rozglądam się i widzę wielką niebieską dziurę.

Ton ma kolor granatu, a kiedy patrzę do góry, widzę 40 metrów nade mną powierzchnię wody. Pływamy wśród stalaktytów i rekinów. Niesamowite uczucie, ale instruktor stuka w butlę – wychodzimy. Na górze aż jestem zaskoczona, jak niewiele zużyłam powietrza. Pewnie byłam w szoku. Potem następne nurkowanie wśród podwodnych kanionów i lunch na wyspie, która mogłaby być rajem. A potem jeszcze jeden nur i totalnie wykończeni wracamy na wyspę, gdzie padamy do łóżka i śpimy. Wieczorem spotykamy się z Grześkiem i Pepe.