Caye Caulker – Belize City – Tulum (1 lipca 2001)

Nie cierpię przekraczania granic w Ameryce Centralnej. Mam wrażenie, że ciągle ktoś ze mnie chce zdzrzeć jakieś pieniądze. Najpierw płacimy jakąś tajemniczą opłatę w wysokości 10 dolarów od osoby, za chwilę płacimy następne 3,5 dolara za ochronę drzew w Belize. A potem oczywiście następuje klasyczna scenka z naszym nazwiskiem, nie wspominając o „makabrycznym” imieniu Włodzimierz, które wprawia w osłupienie każdego urzędnika imigracyjnego i powoduje kilkuminutowy przestój w odprawie. Meksykanie też nie są z tyłu za kolegami w Belize. Owszem, wizy są nam niepotrzebne, są darmowe karty turystyczne za jedyne 20 dolarów. To, że trzeba za nie zapłacić, odkrywamy sami, bo urzędnik oczywiście nas o tym nie informuje i w ogóle jest jakiś niemrawy i wpisuje nam pobyt na jedyne 30 dni, mimo przysługujących nam 180. Kiedy protestuję, mówi lakonicznie: „Przedłużycie sobie. To żaden problem”. Z pewnością dla niego to żaden problem. Znajdujemy stację autobusową, stoimy w bardzo długiej kolejce po bilety (padły komputery) i pierwszą klasą pędzimy do Tulum. Tulum to taka mała wiocha nad brzegiem morza i do tego obrzydliwie droga. Sangyoo decyduje się na pobyt w youth hostel, a my decydujemy się na kabanas nad brzegiem morza. Mówimy więc sobie: „Do zobaczenia na szlaku” i my łapiemy taksówkę. Kiedy pytam się, dlaczego tak drogo, taksówkarz ze stoickim spokojem stwierdza: „Dla was Amerykanów to i tak tanio”. Prostuję, że nie jesteśmy Amerykanami i że dla nas to obrzydliwie drogo. Ceny to niestety nie zmienia. Taksówkarz jedynie informuje mnie, żeby uważać przy wydawaniu pieniędzy, bo tu wszyscy wciskają obcokrajowcom 10 peso zamiast 20 (monety są tej samej wielkości i bardzo podobne). Kabanasy położone są pięknie – wśród palm nad samym brzegiem morza, tyle tylko że ma się wrażenie, że większy podmuch wiatru poderwie je do góry. Poza tym w miejscowej restauracji jest spaghetti, spaghetti i jeszcze raz spaghetti, no i nie ma herbaty! Oprócz tego trzeba uważać, jak się siada, bo na wpół oswojony tukan ma w zwyczaju załatwiać swoje potrzeby właśnie na poręczy krzesła. Wieczorem idziemy na spacer wzdłuż brzegu morza i wpadamy na przeolbrzymiego żółwia. Takiego jeszcze w życiu nie widziałam – coś niesamowitego.