Arica (22 października 2001)

Wszystko według planu. Wiezie nas małżonek herod-baby – przemiły i cichutki pan. Nieśmiało pokazuje nam geoglify na pobliskich wzgórzach i zatrzymuje się przy jednym z najstarszych kościołów w Chile. Za kościółkiem cmentarz. Cmentarz na pustyni – szary i smutny i bardzo opuszczony. Sprawia niezwykle ponure wrażenie. Jedziemy dalej – pojawiają się pierwsze wikunie. Są prześliczne i mają bardzo dużo wdzięku – nie pozwalają podejść do siebie zbyt blisko. Później przychodzi kolej na podglądanie wiskaczy – ni to wielkiej wiewiórki, ni to zająca. No i wreszcie jesteśmy coraz bliżej ośnieżonych szczytów wulkanów. Laguna i jezioro wraz z flamingami – przepięknie. Ale chyba zobaczyliśmy już wszystko – czas wracać. Nasz kierowca nerwowo spogląda na zegarek – małżonka powiedziała, że wycieczka ma trwać do 21:30, a tu dopiero 15:00. Musiałby wlec się 20 km/h, żeby na tę godzinę dojechać do miasta, co też próbuje robić – wyprzedzają nas wszystkie ciężarówki. A mimo to w mieście jesteśmy przed 19:00. Z ulgą przyjmuje wiadomość, że chcemy jechać jeszcze na dworzec, gdzie Miel i Miriam chcą kupić bilety do Calamy. Późnym wieczorem pożegnalna kolacja z naszymi przyjaciółmi. Oni jadą na południe, my na północ. Dobrze nam się wędrowało razem. Mamy nadzieję, że jeszcze się kiedyś spotkamy.