Arica – Arequipa (23 października 2001)

Włóczymy się po Arica. Podobno ma najpiękniejsze plaże w całym Chile. No może w całym Chile, bo naszym skromnym zdaniem najbrzydsza polska plaża jest ładniejsza od tej w Arica. Ale samo miasteczko przemiłe. Wędrujemy uliczkami, zaglądamy na rynki, ryneczki i w końcu padamy w jakiejś knajpce na obiad. Zabieramy plecaki i wędrujemy na dworzec autobusowy, z którego podobno odchodzą autobusy do Peru. Ostatecznie jedziemy taksówką do Peru i jak zwykle na granicy bronimy każdej wolnej strony w paszporcie. Nie wiadomo dlaczego urzędnicy imigracyjni lubują się w stawianiu pieczątek na samym środku pustej strony. Jeśli ma się tego pecha, że jest się Polakiem, który dzięki układom dyplomatycznym potrzebuje wizy do większości krajów tego świata, to każda strona w paszporcie jest na wagę złota. Dosłownie rzucam się na swój paszport, kiedy urzędnik chce mi wbić pieczątkę na jednej z ostatnich dwóch stron mojego paszportu. No i już jesteśmy z powrotem w Peru. Dojeżdżamy do Tacna, skąd łapiemy autobus o 22:00 do Arequipy. „Łapiemy” to może za wiele powiedziane – musimy przesiedzieć na dworcu z jakieś 5 godzin w oczekiwaniu na nasz autobus. Kiedy wreszcie nas wzywają do niego, trudno nam uwierzyć, że te wszystkie bambetle, które stoją koło niego, w ogóle jakimś cudem do niego się zmieszczą. No proszę – a jednak się zmieściły. Co prawda zajmuje to ponad godzinę, ale wreszcie możemy ruszyć. Koło północy zaczyna się koszmar.