Arequipa (24 października 2001)

Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że odprawa celna nie znajduje się na granicy tylko właśnie za Tacną. No i oczywiście nie skojarzyliśmy, że jesteśmy na głównym szlaku drobnych przemytników (krótka pamięć). Celnicy każą wszystkim, oprócz nas, opuścić autobus i systematycznie przeczesują centymetr po centymetrze. Po chwili ich niebieski worek wypełnia się – kobiety płaczą i krzyczą. Próbują wtargnąć do autobusu lub wyrwać worek z rąk celników. Tymczasem inna grupa przeczesuje bagaże w lukach. Niektórzy próbują przekupić celników – na nic się to zdaje. Po 3 godzinach ponury autobus ponownie rusza w drogę. Ale to nie koniec – konduktor odkrył pasażerów na gapę. Ci nie chcą zapłacić za przejazd, bo nie zostały im żadne pieniądze po opłatach celnych. Autobus zjeżdża na pobocze, kierowca włącza światła i muzykę na cały regulator i czeka. Po pół godzinie jakiś pasażer nie wytrzymuje i płaci za dwóch pasażerów na gapę. I pomyśleć, że Włodek sympatycznie sobie w tym czasie spał. W Arequipie meldujemy się w pierwszym napotkanym hotelu i śpimy do południa. Arequipa jest bardzo turystycznym miastem i zupełnie innym od wielu miast peruwiańskich – jest czyste i jak to mówi Włodek, znane jest tu pojęcie elewacji. Miło jest znowu być w świecie cywilizacji.