W jakiś tajemniczy sposób udało nam się dotrwać do 2 w nocy i pędzimy autobusem w stronę kanionu Colca. Pędzimy to może trochę za dużo powiedziane, ponieważ droga oczywiście szutrowa i potwornie wyboista. Mam wrażenie, że za chwilę wytrzęsie nam mózgi. Koszmar. Kiedy już świta, do autobusu z kolejnych mieścinek dosiadają się kolorowo ubrane Indianki. Pełna zachwytu przyglądam się ich strojom, kiedy jednak odkrywam, że razem z nami wysiadają przy Cruz del Condor, trochę mi mina rzednie. No tak – znowu mała cepelia dla turystów.
Biegniemy nad brzeg kanionu i czekamy, kiedy pojawi się pierwszy kondor. Nic. Nic. Nic. Miejscowy przewodnik mówi, że przylecą, może za godzinę, dwie, trzy. Hmmmm – jakoś tego nie braliśmy pod uwagę. No trudno – porozkoszujemy się widokiem kanionu, który sam w sobie jest tak oszałamiający, że już nawet te kondory nie są takie ważne. Nagle jakieś poruszenie wśród tłumu – tak, jest kondor. Szybuje nad nami w powietrzu – niesamowite wrażenie. Za chwilę pojawia się następny i jeszcze następny. Olbrzymi – przelatuje tuż nad głowami zebranego tłumku. Rozpiętość skrzydeł niewiarygodna, tak na oko ponad 2 metry.

© 2026 Włodzimierz Serwiński. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Nie zauważamy upływającego czasu, zapatrzeni w szybujące ptaszyska. No i ucieka nam autobus do Chivay. Nie bardzo tym zrażeni, wędrujemy brzegiem kanionu do następnego punktu widokowego. Później ma jeszcze jechać jakiś inny autobus. Na wszelki wypadek sprawdzamy, ile kilometrów jest do Chivay – 40 km. Nie jest źle – w razie czego jakoś dojdziemy. Na szczęście po jakichś 7 km nadjeżdża autobus. W Chivay trafiamy do hoteliku i restauracji odwiedzanej przez polskie wycieczki. Właścicielka słysząc, że jesteśmy Polakami, mówi: „Polacy – wspaniali ludzie, bardzo mądrzy, tylko nie znają strachu i są tacy szybcy”. A potem ze smutkiem wspomina zeszłoroczny wypadek, w którym zginęła polska wycieczka i jej dwóch przyjaciół. „Wieczorem z nimi tańczyłam, razem śpiewaliśmy, a rano przyszła wiadomość o wypadku – tacy wspaniali ludzie zginęli”.
Ale życie toczy się dalej, więc tego wieczoru jest następna kolacja przy muzyce dla turystów, gdzie bardzo sympatyczni ludzie zapraszają nas po angielsku, żebyśmy razem z nimi przysiedli się do stołu. Grzecznie dziękujemy, ale w końcu przyjmujemy zaproszenie do wspólnego tańca. No i oczywiście, po pierwszych grzecznościowych słowach pada pytanie: skąd jesteście? No i skąd wszyscy jesteśmy – ano z Polski.
