Ale mamy tempo. O 5:00 o świcie wysiadamy z autobusu. Od razu otacza nas zgraja naciągaczy. Kiedy dowiadują się, że jesteśmy z Polski, miny trochę im rzedną. Pytam się, co w tym złego, że jesteśmy z Polski. „Ach” – wzdycha jeden ciężko – „nie dacie się tak łatwo naciągnąć”. Co za szczerość – wzruszająca doprawdy. Niektórzy dają za wygraną, ale jeden mały „sęp” jeszcze krąży wokół nas. Znalazł już dwie Amerykanki, no i gdyby tak jeszcze my… Nęci nas gorącą herbatą i kawą. Herbata? Czemu by nie – proszę bardzo. Jedziemy do jego hoteliku, gdzie on natychmiast znika, a herbaty ani śladu, tylko obrzydliwie zimno. Oj, niedobrze jest mi obiecać herbatę, a potem ją sprzątnąć sprzed nosa – z usług tego pana na pewno nie skorzystamy.
Włodek znajduje inną agencję i razem z Amerykankami przenosimy się do konkurencji, gdzie bez problemu udaje się nam wypić gorącą herbatę. O 9 jedziemy na lotnisko i oglądamy film o liniach Nazca, a potem lot, który ku naszemu zaskoczeniu bardzo nam się podoba. Może dlatego, że tyle słyszeliśmy negatywnych opinii, że nastawiliśmy się, że to nic specjalnego, a tu proszę – całkiem ciekawie. Potem odwiedzamy stary cmentarz kultury Nazca, no i czysto turystyczne wycieczki do wytwórni ceramiki i złota. W wytwórni złota często muszą bywać Polacy, bo pracownik tejże zna podstawowe słówka po polsku i nawet pamięta słówko „rtec”. I znowu autobusy, autobusy i już jesteśmy w Pisco.
