Zürich – Warszawa – Gdynia (27 listopada 2001)

Szwajcarskie linie lotnicze są dość podobne do szwajcarskich zegarków i w Zurychu lądujemy punktualnie. Wita nas deszcz i nieprzyjemny, zimny wiatr. Cóż – powolutku trzeba się przyzwyczajać. Narzucamy przygotowane polary i kurtki. Nad Warszawą mamy przygotowane jeszcze czapki. Z lotu ptaka widać białą Warszawę – aż trudno uwierzyć, że jeszcze wczoraj chodziliśmy w krótkich rękawkach i krótkich spodenkach.

Taksówka dowozi nas na dworzec, gdzie po zakupie biletów do Gdyni idziemy zadzwonić do naszych rodzin, kiedy mogą się nas spodziewać. Kiedy dochodzimy do telefonów, zatrzymuje nas Murzyn* i po hiszpańsku zwraca się do Włodka, czego szukamy. Włodek z kamiennym wyrazem na twarzy odpowiada w tym samym języku, że telefonu. Murzyn pyta się nas, czy może nam w czymś pomóc, bo on jest miejscowy i zna tanie noclegi, a tak w ogóle to z której części Ameryki Południowej jesteśmy. Odpowiadam, że jesteśmy z Polski. Nie chce nam wierzyć. Jakiś przysłuchujący się Polak mówi do Murzyna: „Powiedz im, że mam tani nocleg”. W tym momencie nie wytrzymujemy i mówimy po polsku: „Proszę pana, my jesteśmy Polakami i wracamy do domu”. No proszę – to że na całym świecie brano nas za Francuzów, Włochów, Argentyńczyków, to jeszcze mogę zrozumieć, ale u nas, we własnym kraju ojczystym, to już zupełne szaleństwo.

I już wsłuchujemy się w stukot kół pociągu, który nas wiezie w stronę domu. Tak trudno uwierzyć, że już minęło 14 miesięcy. Cały czas podążaliśmy za pięknym jesiennym słońcem, aż wreszcie dotarliśmy do zimy. No cóż – można tylko powiedzieć: „Długa i piękna była jesień tego roku”.