Kolejny towar na sprzedaż

Opuszczamy Belize. Jak wszyscy turyści, ustawiamy się grzecznie w kolejce, by zapłacić departure fee. Złości nas to trochę, bo nie dalej jak tydzień temu, wjeżdżając do Belize musieliśmy kupić wizę, więc wydawałoby się, że swoje już zapłaciliśmy. Podchodzę do okienka i oczom nie wierzę – 10 USD. Przed tygodniem na granicy czytałem, iż jedynie 3,75. No, ale co człowiek może poradzić? Nic. Bezsilność złości najbardziej.

Płacę, dostaję wydruk z komputera, odchodzę od okienka i ustawiam się w następnej kolejce. Tym razem już mundurowi sprawdzają paszporty, przedzierają właśnie co wydany mi wydruk z komputera i… wypisują kolejny kwitek, aby zainkasować znane mi już 3,75 USD. Nie wierzę. Pytam oficera: „Przecież przed chwilą płaciłem opłatę wyjazdową, tydzień temu wizę wjazdową, co więc tym razem?” Mundurowy z iście karaibskim spokojem odpowiada „Conservation fee. Wiesz, drzewa, ptaki, rośliny…” Wszystko rozumiem, tylko pojąć nie mogę, dlaczego ten sam rząd, tego samego kraju zatrudnia aż trzech urzędników, by sięgnąć do mojej kieszeni po parędziesiąt dolarów.

Przekraczanie granicy zawsze budziło we mnie dreszczyk emocji. No bo inwestuje człowiek swój wysiłek, czas i pieniądze, aby wybrać się gdzieś za granicę, a tu w każdej chwili urzędnik imigracyjny może sobie po prostu stwierdzić, że go nie wpuści. I po sprawie. Siedzi sobie taki mundurowy za klawiaturą komputera i już człowieka przechodzi przerażenie, cóż to tam o nim wiedzą te maszyny.

Na szczęście wielu z tych urzędników wykazuje nad wyraz zdrowy rozsądek wobec swoich służbowych powinności. Na przykład taki Amerykanin. Na lotnisku w Los Angeles podchodziliśmy do niego niepewni, bo zupełnie nie wiedzieliśmy, co wpisać w rubryce „adres pobytu w USA”. Czy mamy wymieniać wszystkie hotele, w jakich przyjdzie nam nocować, choć nawet nie znamy pierwszego? Ten nas mierzy marsowym okiem z góry do dołu, po czym szybkim ruchem, jakby od niechcenia, wpisuje za nas do rubryki „Hilton, LA”.

Ilość informacji, jaką człowiek podróżując pozostawia po sobie, składa się na całkiem spore dossier. Wnioski wizowe, karty przekraczania granicy, deklaracje celne, karty meldunkowe w hotelach. Imiona, nazwiska, adresy, daty, zawody, miejsca zatrudnienia, sytuacja finansowa, posiadane środki, krewni, ostatnio odwiedzane kraje, szczepienia, sytuacja zdrowotna, popełnione przestępstwa… To tylko oficjalnie wymagane prawem informacje.

Informacji dobrowolnie pozostawianych w Internecie zebrałoby się drugie tyle. Zakładam darmowe konto pocztowe, prenumeruję serwisy informacyjne, kupuję książki, szukam biletów lotniczych, wynajmuję samochody, rezerwuję noclegi… wszędzie pozostawiam po sobie pokaźny zbiór informacji.

Każdy, kto handluje, chce wiedzieć z kim ma do czynienia po drugiej stronie sieci. Japończyk? Amerykanin? Miejscowy czy obcy? Biedny czy bogaty? Sieć, choć doskonale nadawałaby się do tego, by prowadzić handel anonimowo, robi wszystko, by było dokładnie odwrotnie.

Z jednej strony jest to logiczne i wygodne, że pokazują mi się reklamy polskich firm internetowych, gdy przeglądam swoją skrzynkę pocztową na amerykańskim serwerze. Rozumiem, że właściciel serwera musi jakoś zarabiać na życie. Ale z drugiej strony robi się trochę człowiekowi nieswojo, gdy zdaje sobie sprawę, że jest po prostu kolejnym towarem na sprzedaż.



  • W szkołach o tym nie uczą

    W kuchni na lodówce poprzyczepiane są różne złote myśli. Spisane w formie aforyzmów myśli Matki Teresy z Kalkuty. Ujęte w jedenaście porad doświadczenie życiowe Billa Gatesa. czytaj dalej

  • Smaczny problem

    Siedzimy sobie na huśtawce nad brzegiem morza. Spoglądamy na kolejnych turystów przyjeżdżających na wyspę. Raz dziennie, późnym popołudniem, niewielki stateczek przywozi około pięćdziesięciu osób. Nie dopływa do brzegu. Zatrzymuje się… czytaj dalej

  • Iluzja i rzeczywistość

    Z lotu ptaka kształt wyspy przypomina literę H. Podłużne, skaliste brzegi są trudno dostępne. Całe życie skupia się więc na krótkim i wąskim przesmyku. Tu przybijają łodzie, tu znajduje się większość… czytaj dalej

  • Wiek Azji

    Przypominamy sobie dzieciaki z Siam Reap. 5-7-letnie szkraby pomagające rodzicom w prowadzeniu restauracji prowadziły z nami po angielsku regularną dyskusję. Kiedy jeden z nich przeszedł na hiszpański, byliśmy trochę zaskoczeni. czytaj dalej

  • Kwestia interfejsu

    Małżeństwo w Indiach jest wciąż bardziej przedmiotem negocjacji między zainteresowanymi połączeniem się rodzinami niż wynikiem uczucia między przyszłymi małżonkami. Wykształcenie i urok osobisty pana młodego oraz pozycja społeczna jego rodziny decydują o liczbie… czytaj dalej

  • Medycyna w plecaku

    Mount Everest jest dzisiaj całkiem nieźle okiełznany. Może wejść na niego niemalże każdy. Każdy, kto ma pieniądze. Himalaiści – przynajmniej część z nich – utworzyli lukratywny dla siebie interes w postaci ekspedycji… czytaj dalej