Nasz przewodnik Sabu mówi, że wieczorem trzeba szybko zgasić ogień, bo ten przyciąga skorpiony. Szczerze mówiąc nie wierzę mu. Sabu opowiada nam wiele różnych rzeczy. Zasypiamy sobie spokojnie na materacach ze słomy, na pustynnym piasku pod rozgwieżdżonym niebem zupełnie się nie przejmując tym, że długo siedzieliśmy przy wesoło płonącym ognisku.
W środku nocy budzą nas odgłosy żywcem wyjęte z Gwiezdnych Wojen. Okazuje się, że to wielbłądy próbują dostać się do swojego pożywienia, na którym po ciemku rozłożyliśmy materace. Na wpół przytomni przenosimy się o parę metrów dalej.
Budzi nas poranne słońce i ciche nucenie Gowindy, kucharza, który pichci śniadanie na ognisku. Siadam, wtulając się w resztki ciepła śpiwora i podziwiam powolutku słońce wynurzające się nad piaszczystymi wydmami. Pierwsze promienie już zaczynają rozgrzewać pustynię. Przeciągam się i wychodzę z już coraz to mniej potrzebnego śpiwora. I wtedy mój wzrok przyciąga dziarsko maszerujące małe zwierzątko pomiędzy mną a Włodkiem.
– Włodku, czy to jest skorpion?
– Gdzie? – Włodek nagle się budzi.
– No tu na materacu.
Przyglądamy się z zainteresowaniem stworzonku. Nie przypomina tych dużych, czarnych skorpionów, które stały w słoikach w mojej klasie przyrody, czy tego z filmu „W Pustyni i w puszczy”. Ten jest nieduży, z niewielkimi szczypczykami, dziarsko uniesionym odwłokiem i bardzo, bardzo jasny, prawie przezroczysty. Skorpion, czy nie skorpion? A może by tak zapytać się Gowindy.
„Gowinda, to pewnie nie jest skorpion, prawda?”
Gowinda zadziwiająco szybko podchodzi do nas i rzuciwszy okiem na maleńkie stworzonko zdecydowanym ruchem zgania nas z materaca. Łapie materac i wrzuca stworzonko do ogniska. Po chwili skorpion już tylko skwierczy w płomieniach. Gowinda uważnie przejrzał miejsce, w którym spaliśmy.
„Musiałaś go tak szybko wołać” – pyta się z wyrzutem w głosie Włodek – „Nie mieliśmy nawet czasu, żeby się z nim pobawić.”
