Kathmandu (25 września 2000)

Ruszamy na miasto. Kathmandu po raz drugi. Tłok, ścisk, wrzaski i ciągłe zaczepianie przez rikszarzy. Mieszanina kolorów i brudu. Odnosi się wrażenie, że każdy sprzedawca chce nas wciągnąć do swojego sklepiku. Jednemu się to udaje. Zaczyna tak sobie: „Do you like thangkas? What colour do you like? What style? Big? Small?”. Rozkłada przed nami małe, duże, a potem jeszcze większe. Włodek zaczyna się targować. Po dwóch godzinach z 200 dolarów za jedną dużą thangkę zrobiło się 90 dolarów za jedną dużą i cztery małe. Ja mam już dosyć. Włodek stwierdza, że 70 dolarów to tyle, ile zamierza wydać, i ani grosza więcej. Wychodzimy ze sklepu. Jestem trochę rozczarowana, bo chyba nie do końca czuję to całe targowanie.

Przedzieramy się przez tłum taksówek, riksz i motorów na Durbar Square. Bolą mnie usta od ciągłego mówienia: „No, thank you”. Kiedy siedzę sobie na szczycie Maju Deval i próbuję w spokoju podziwiać mrowiący się w dole plac, zaczepia mnie jakiś malec i chce mi sprzedać fotografie. Wpadam na pomysł i mówię do niego wolno i wyraźnie po polsku: „Nie, dziękuję”. Malec jest wyraźnie speszony, ale nie daje za wygraną. Ze smutną minką pokazuje mi rankę na twarzy. Z anielskim spokojem mówię mu: „Mnie też boli”. Chyba zrozumiał, że nic nie wskóra, bo poszedł nękać jakieś Niemki.

Rozkoszuję się chwilą spokoju i czytam przewodnik. Gubię się w tych świątyniach, nazwach i bóstwach. Trochę znudzona podnoszę głowę i przyglądam się „krokwiom” Maju Deval. Boże, oni chyba całą Kamasutrę tu wcisnęli. Zaczyna się ściemniać. Czas wracać do hotelu. Z niechęcią myślę o ponownej walce ze sprzedawcami szachów i noży. Czy oni chociaż coś kiedyś sprzedali? Czy to tylko sztuka dla sztuki?

Już w ciemnościach przedzieramy się przez uliczki. Na chwilę tracę z oczu Włodka. W ciemnościach słyszę szept: „Lady, do you want to sleep with me?”. Wybucham śmiechem i przyspieszam kroku. Wreszcie docieramy do naszego hotelu. Wykończona padam na łóżko i zasypiam. (O.)