Dzisiaj ruszamy, to znaczy najpierw taksówką na lotnisko. Cierpliwie czekamy na nasz samolot. Pasażerów jedynie piętnastu: Nowozelandczycy, Hiszpanie i my. Startujemy i wreszcie widzimy szczyty TYCH gór. Wszyscy łapią się za aparaty fotograficzne. Samolot przelatuje nad przełęczami. W pewnej chwili mam wrażenie, że zaczepimy o jedną z nich. A przed nami jeszcze lądowanie w Lukli. Samolot gwałtownie rusza w dół i hamuje na czymś, co tylko w przypływie dobrego humoru można by nazwać lotniskiem.
Rozpoczynamy naszą wędrówkę. Porterzy nawet nie oferują nam swoich usług – czyżbyśmy aż tak dziarsko wyglądali? Wędrujemy, wszystko jest takie nowe, głowy kręcą nam się w kółko. Kiedy siadamy, by odpocząć, spotykamy kogo? No oczywiście Felixa, z którym lecieliśmy do Nepalu. Radosne spotkanie, ale czas na nas. Na którymś z postojów spotykamy Polaków i Czechów. Jak miło i swojsko. Na nocleg zatrzymujemy się w Monjo.
