Khumjung (8 października 2000)

Jak na razie żadnych objawów choroby wysokościowej. Zamierzamy odpoczywać. Po śniadaniu wędrujemy na północną stronę wsi. Docieramy do jakiejś gompy. Wchodzimy do środka. Staruszka w gompie coś do nas mówi i pokazuje na lampę. Myślimy, że pyta, czy ma ją dla nas zapalić. Kręcimy głowami: nie, nie. Ale ona dalej coś do nas mówi. Oczywiście nie chodzi jej wcale o zapalenie lampy, tylko o jej naprawienie. Włodek dzielnie, nie plamiąc honoru elektryka, wymienia świetlówkę. Staruszka jest nam bardzo wdzięczna i pokazuje skalp yeti, ten sam, który z sir Hillarym i naczelnikiem wioski wyjechał ponad trzydzieści lat temu do USA. Mówimy: „Namaste” i wychodzimy. Po południu wybieramy się do najwyżej położonej na świecie piekarni, na wysokości 3790 metrów, i jemy świeżutkie donaty, popijając kawą z mlekiem. Zaglądamy do słynnego Everest View Hotel, który nie robi na nas większego wrażenia, a nawet wywiera na tyle negatywne, że nie decydujemy się na wypicie tam herbaty.