Ruszamy w drogę. Dziś Tengboche, a potem najchętniej Pheriche, ale to chyba niewykonalne. Mamy szczęście – po drodze widzimy bażanta i piżmowca. Wczłapujemy się, dosłownie, na płaskowyż Tengboche i po raz pierwszy widzimy Mount Everest.
W Tengboche spotykamy naszego zblazowanego Amerykanina, którego wcześniej widzieliśmy w Khumjung. Chwali nas za to, że chcemy oglądać ptactwo, ale gani za to, że nie wynajęliśmy żadnego Szerpy, żeby wspomóc lokalną gospodarkę. Już raz pytała mnie Angielka, jak my tu sobie dajemy radę bez przewodnika i porterów, bo podobno tak łatwo można się zgubić. Nie wiem, jak tu można się zgubić, i nie wiem, po jakie licho znowu dźwigam kompas. Do Pangboche docieramy koło 15:30 i tu zostajemy na nocleg.
