Jiri – Kathmandu (26 października 2000)

Na przystanku, to znaczy na placu, jesteśmy o 6:30. Autobus oczywiście stoi. Nasze bagaże wędrują do bagażnika i zostają zamknięte na klucz. Spotykamy przy autobusie naszych ostatnich towarzyszy podróży. Gratulujemy sobie wszyscy, że dotarliśmy. A teraz jazda. Jest już 7:00, a chcemy być w Kathmandu około 16:00. To całe 188 kilometrów. Pędzimy ze średnią prędkością chyba 30 km/h, a może i mniej. Konduktorzy łażą po całym autobusie, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. Zbierają opłaty od tych, którzy jeszcze nie zapłacili. Pani „miejscowa” przede mną cierpi na chorobę lokomocyjną. Swoje problemy rozwiązuje, wystawiając głowę na zewnątrz. Ja szybko zamykam swoje okno. Wreszcie docieramy i pędzimy do naszego hotelu. Prysznic zabiera nam około godziny. Woda, która z nas spływa, jest czarna.