Kathmandu – Sunauli (29 października 2000)

Ostatnie chwile w Kathmandu. Siedzimy w kafejce internetowej i pilnie uzupełniamy naszą stronę. Pożegnalny stek w K-Too. Kto wie, może ostatni przez najbliższy czas. W Indiach krowy raczej chadzają po ulicach, niż pojawiają się na talerzu. A potem biegiem, bo czekają na nas dwaj smutni panowie – „eskorta na stację autobusową”. Autobus już podjechał. Zapchany po sam dach, ale my mamy rezerwację, więc niezbyt się tym przejmujemy. W drodze puszczają film bollywoodzki. Wszyscy, od najmniejszych po największych, oprócz Włodka, który słodko śpi, wlepiają oczy w ekran. A to szmira gorsza od najpaskudniejszej meksykańskiej telenoweli – jestem w tym temacie specjalistką. Mija godzina za godziną. O świcie docieramy do przygranicznego miasteczka Sunauli.