Pushkar (10 listopada 2000)

Mieliśmy zamiar wstać skoro świt i wspiąć się na pobliski szczyt, ale jak zwykle zwyciężyło łóżko. W podróży niezwykle docenia się coś takiego jak własne łóżko, w którym można sobie spać do woli. Śniadanie jemy w towarzystwie Irlandczyków i Holendra. Włodek zostaje grać w szachy, a ja z Martinem (Holendrem) wybieramy się nad jezioro.

Nad jeziorem uczymy się szkoły przetrwania z fałszywymi braminami, którzy chcą nas zmusić do odprawienia pudży (ich rytualnej modlitwy). Wściekają się strasznie, kiedy nie mogą na nas nic zarobić. Po południu, już z Włodkiem, próbujemy obejść jezioro dookoła, ale jakoś plączemy się i w rezultacie lądujemy w jakimś luksusowym hotelu, gdzie po prostu przełaźimy przez płot. Miejscowi przyglądają się nam z zainteresowaniem.

Docieramy do mostu, tu musimy zdjąć buty, bo most jest nad świętą wodą. Po drugiej stronie trafiamy na ciekawą uroczystość ku czci wiecznego ognia. Odświętnie ubrany tłum mężczyzn i kobiet siedzi wokół kilku ognisk, śpiewa modlitwy i na rzucone hasło wrzuca coś do ognia. Ogień rozbłyska jasnym płomieniem. Wędrujemy dalej.

Docieramy do wesołego miasteczka. Tu wchodzimy do miejscowej atrakcji, od której włosy jeżą mi się na głowie. W drewnianej wieży pędzą po jej wewnętrznych ścianach dwa motory i samochód. Hałas, powiew wiatru, ryk silników i wrażenie, że wieża się za chwilę rozleci. Włodek zauważa hinduski peep show, no i oczywiście musimy to zobaczyć. Jest to tak żenujące – kilka panienek, nieporadnie kręcąc się, w trochę krótszych sukienkach, wyje jakieś miejscowe disco-india, że po chwili wychodzimy.

Jest już ciemno. Miejscowy policjant próbuje nas naciągnąć na bakszysz, proponując nam osobistą ochronę. Raczę go opowieścią o bardzo niebezpiecznym mieście Gdańsk, gdzie krew się leje na okrągło i że my się tak naprawdę to nie boimy. Policjant zostawia nas w spokoju. Wchodzimy w jakieś zaułki, mija nas karawana wielbłądów. Powoli kierujemy się w stronę naszego hotelu. Jutro musimy wcześnie wstać.