Bangkok (20 grudnia 2000)

Znowu zmieniamy hotel. Teraz z małymi perypetiami. Zarezerwowany przez nas pokój został oddany komuś innemu. Spotkana przeze mnie Żydówka dziwi się, że ja się upieram przy pokoju z łazienką i klimatyzacją. Myśli sobie pewnie, że jestem obrzydliwą histeryczką. Ale ona nie była w Indiach i nie wie, co to znaczy mieć czystą łazienkę w pokoju. Kiedy ja z nią rozmawiam, Włodek znajduje inny hotel i pokój z telewizją kablową. Ha, będziemy mieli telewizor! Na razie jednak zamierzamy pozwiedzać Bangkok. Zaczynamy od Arun Wat – świątyni świtu. Docieramy do niej promem. Wygląda tak jak na slajdach Justyny i Janka Łapskich. Oczarowują nas połamane kawałki porcelany użyte do jej przyozdobienia. Próbuję zapoznać się z „systemem” świątyń buddyjskich, ale po chwili poddaję się. Żar leje się z nieba, mimo że to już sporo po trzeciej. Ledwo się wlokę. Włodek chce jeszcze pójść do centrum handlowego, a ja już padam. Uzgadniamy, że ja odpoczywam, a on udaje się do centrum, a potem do dzielnicy rozpusty – na Patpong Road. Ja już się cieszę, że pooglądam sobie telewizję. Niestety spotyka mnie rozczarowanie. Do wyboru mam telewizję tajską, MTV i filmy porno. Na razie zostaję przy MTV. Włodek wraca gdzieś po północy i zdaje mi relację, która brzmi bardzo podobnie do relacji Grześka Bywalca. Pozwalam sobie tu podać adres, pod którym można te relacje znaleźć. Mam nadzieję, że Grześ się nie obrazi (Onet-Turystyka-Reportaże: Tajska fabryka rozkoszy).