A dzisiaj Wigilia. Spędzamy ją najpierw, odwiedzając Złotego Buddę. Ja dostałam w prezencie aparat fotograficzny. Rzucam się więc na fotografowanie Złotego Buddy. W zasadzie nie robi na nas większego wrażenia, więc po chwili wychodzimy. Nasz wzrok przyciągają turyści, którzy wychodzą z jakiegoś budynku. Ciekawe, co tam można zobaczyć? Dzielnie drepczemy w tamtym kierunku. Ku naszemu zdziwieniu widzimy strzałeczkę „do Złotego Buddy”. Chce nam się śmiać. Pomyliliśmy Buddy. Ale przynajmniej nie płaciliśmy za bilety, bo weszliśmy jakoś dziwnie od tyłu.
Następnie docieramy do Wat Pho – czyli Leżącego Buddy. To prawdziwy 46-metrowy kolos ze stopami inkrustowanymi masą perłową. Podsłuchuję jakiegoś mnicha, który oprowadza turystów. Został oddany do klasztoru w wieku 7 lat, bo jego rodzice nie mieli pieniędzy na jego wychowanie i wykształcenie. Jest już w klasztorze od 25 lat i będzie jeszcze przez co najmniej 10. Ale na nas już czas. Zbliża się pora wieczerzy wigilijnej.
Wybieramy się do centrum handlowego. Dzięki komercjalizacji świąt centra handlowe mają atmosferę najbardziej zbliżoną do naszej gwiazdki. Wybieramy włoską restaurację Matteo w wieży prezydenckiej. Przy dźwiękach kolęd na żywo spożywamy naszą wieczerzę. Na przystawkę ja zjadam sałatkę z homara, a Włodek zupę z jakiejś ryby. Danie główne to w moim przypadku indyk w warzywach, a w przypadku Włodka łosoś w sosie własnym. Na deser Christmas pudding. Dziwne to święta, ale mają w sobie wiele uroku.
