Bangkok – Siem Reap (27 grudnia 2000)

O 6:30 rano czekamy przed hotelem na nasz autobus. Sceptyczny Anglik informuje nas, że w zeszłym roku on czekał ponad dwie godziny. Jednak ku naszemu miłemu zdziwieniu autobus spóźnia się zaledwie o pół godziny. Miły, klimatyzowany autobusik mknie autostradą w stronę granicy. Poprzez jego przyciemnione szyby nawet słońce wydaje się mniej prażyć.

Niestety na granicy wszystko się zmienia. Trudno nam cokolwiek zrozumieć. Przechodzimy przez kolejne kontrole, dostajemy jakieś stemple, gdzieś nas odsyłają. Jakiś Japończyk, mimo że wcale nie chciał przekraczać granicy, właśnie ją przekroczył i strasznie się złości. „Urzędnik od kwarantanny” dopomina się o żółte książeczki szczepień. Ktoś nieśmiało protestuje – przecież nie ma takiego wymogu. Protesty protestami, ale ci, którzy książeczek nie mają, muszą płacić po dolarze i otrzymują wpis, że są całkowicie zdrowi na ciele i umyśle.

Po drugiej stronie granicy nie czeka już na nas klimatyzowany autobus. Nasz nowy środek transportu to zwyczajny pick-up. Siedzimy na pace na naszych plecakach i czekamy na dalszy ciąg wydarzeń. Główna droga z Poipet do Siem Reap jest godna polecenia wszystkim tym, którzy pasjonują się jazdą off-road. Obawiam się nawet, że u nas na poligonach trudno znaleźć tak dogodne warunki. Samochód czasami ginie w wielkich dziurach, czasami drogi po prostu nie ma.

Nasz przewodnik mówi, że najbliższy przystanek będzie w Sisophon za 3 godziny (48 km), tam coś zjemy, a potem… Potem to nic nie wiadomo. Miejmy nadzieję, że mosty będą całe, że samochód się nie zepsuje, no i że nic złego nam się nie przytrafi. Z grzeczności nie pytamy się, co to jest „coś złego”. Mosty to oni mają niewiarygodne – cud, że samochód przez nie w ogóle przejeżdża. Przy jednym moście chcą od nas pobrać myto. Przewodnik zawzięcie z nimi dyskutuje. Zapada noc. Świecą gwiazdy, mijamy małe wioseczki, przewodnik śpiewa nam kambodżańskie piosenki. 7 godzin mija jak z bicza strzelił. I już jesteśmy w Siem Reap.