Bangkok (7 stycznia 2001)

Dzisiaj zamierzamy kupić bilety kolejowe do Phitsanulok (Boże, te nazwy!). To wcale nie takie proste. Już przed wejściem na stację łapie nas jakiś koleś z informacji turystycznej i ciągnie nas do jakiegoś biura, tłumacząc, że do tej miejscowości lepiej i taniej jest dojechać autobusem. To, że my chcemy jechać pociągiem, wcale do niego nie dociera. W biurze, zanim zdążymy otworzyć usta, już nam organizują pobyt w północnej Tajlandii. Grzecznie mówimy, że się zastanowimy nad ich ofertą i próbujemy po raz drugi dotrzeć do budynku stacji. Pełen sukces – udaje się nam wejść bez większych problemów. Ale już po paru krokach znowu przechwytuje nas uprzejma panienka z informacji turystycznej. Zaczyna nam doradzać, a kiedy my upieramy się, że chcemy jedynie kupić bilety kolejowe, odsyła nas do jakiejś innej informacji turystycznej. Włodek już nie wytrzymuje i zdecydowanym krokiem rusza w stronę informacji kolejowej, nie zwracając najmniejszej uwagi na wołającą za nim panienkę. Tam w ciągu minuty dowiadujemy się, w której kasie kupić bilety, i w ciągu następnych dwóch minut jesteśmy już ich szczęśliwymi posiadaczami.