Pakbeng – (Mekong) – Luang Prabang (17 stycznia 2001)

Dziś czeka nas na wodzie 10 godzin. Teraz już jesteśmy przygotowani – coś miękkiego pod pupę, coś do czytania i coś do jedzenia. Tylko nie za dużo do picia, bo toaleta na naszej lajbie jest wybitnie niewygodna. Pogoda też dziś dużo lepsza. Mijają nas od czasu do czasu tzw. speedboat’y. Najpierw je słychać, a potem tylko przez krótką chwilę widać. Ciekawe jest to, że kierujący ma zawsze na sobie kask i kamizelkę ratunkową, podczas gdy pasażerowie – nie zawsze. 10 godzin mija nam tak szybko, że aż jesteśmy zaskoczeni. Ruszamy na poszukiwanie noclegu. Nasza grupka rozbija się (wcześniej jeszcze dobił do niej jeden Niemiec – Hans). Dobrze zorganizowany Tom i Hans ruszają na poszukiwanie noclegu w dół rzeki, a my z Tonym w górę. Oczywiście Niemcy znajdują bardzo sympatyczne lokum i w dodatku tanie. My zaś włóczymy się od jednego hotelu do drugiego, gdzie ceny coraz wyższe, a my jesteśmy coraz bardziej zmęczeni. Wreszcie Włodek podejmuje decyzję – wchodzi do starego kolonialnego domu i jakimś cudem nakłania właściciela do udzielenia nam rabatu. I tak oto nocujemy sobie w luksusie (najwygodniejsze łóżko podczas 4 miesięcy) za średnie pieniądze.