Luang Prabang (18 stycznia 2001)

Spotykamy się na śniadaniu w Scandinavian Bakery. Nasza silna grupa pod wezwaniem Toma jest niezwykle zorganizowana. Omawiamy plan działania. Na szczęście dochodzimy do wniosku, że każdy chce robić coś innego, więc nie będziemy się torturować i każdy ruszy w swoją stronę. Moją uwagę w międzyczasie przykuwa scyzoryk Toma – nie rozstaje się z nim nawet na chwilę. Zdecydowanie woli go nawet od sztućców podawanych do stołu. W zasadzie to ma jakieś dwa scyzoryki. W końcu decyduje się zadać mu pytanie, co jest takiego szczególnego w tych scyzorykach. Zupełnie nieświadomie wywołuję długą dyskusję panów dotyczącą wyższości jednych scyzoryków nad drugimi. Tak się zapędzają w dyskusji, że zapominają o bożym świecie (okazało się, że każdy z nich jest szczęśliwym posiadaczem scyzoryka, a nawet dwóch), a ja z wrodzonej nieśmiałości nie chcę im pokazywać mojej prywatnej, jakże uroczej i beznadziejnej chińskiej kopii szwajcarskiego scyzoryka.

Po śniadaniu Włodek i ja pniemy się pod górę, oglądając przy okazji różne waty i klasztory mnichów buddyjskich. Docieramy do miejsca, gdzie według legendy jest odcisk stopy Buddy. Cóż, nie powiem, ale wygląda na to, że albo Budda miał z 70 metrów wzrostu, albo po prostu niezwykle duże stopy. Włodek mówi, że się czepiam szczegółów, a tu chodzi o całości. A całości, tzn. widok z góry na miasto jest piękny, więc nie żałujemy, że się w tym upale tu wdrapaliśmy. Planujemy zwiedzenie Wat Xieng Thong. Chociaż tak szczerze mówiąc, to mamy już dość wszystkich watów. I jaka miła niespodzianka – ten wat jest zupełnie inny i niezwykle piękny. Zauroczeni biegamy z kąta w kąt. Włodka znowu ogarnia pasja fotograficzna. Tak jest zafascynowany swoimi pomysłami, że zaczyna przestawiać rzeźby w kościele, żeby uzyskać lepszy efekt. Przesuwa ławeczki, otwiera okna, przewiesza pajęczyny, a ja trzymam kciuki, żeby nikt nie wszedł.

Wieczorem wybieramy się na wspólną kolację do restauracji Indochina, gdzie słuchamy koncertu miejscowej muzyki klasycznej i gdzie jest nam tak miło, że opuszczamy ją jako ostatni goście. Panowie jeszcze mają ochotę na dyskotekę. Zostawiam więc ich, życząc im powodzenia w znalezieniu dyskoteki w tej mieścinie. Kiedy docieram do naszego hotelu, drzwi są już zamknięte. Robię mały raban i w końcu ktoś otwiera drzwi. Zastanawiam się, czy Włodek wedrze się do środka, czy spędzi noc na ulicy.