Luang Prabang (19 stycznia 2001)

Włodkowi udaje się dostać do hotelu i przespać noc w bardzo wygodnym łóżku. Dziś znowu wspólne śniadanie i wyprawa do wodospadu Kuang Si. Do wodospadu można jechać lądem (tzn. tuk-tukiem) albo wodą i lądem (tzn. łodzią i tuk-tukiem). Panowie targują się zawzięcie i wreszcie decydujemy się na łódź i tuk-tuka. Łodzią płyniemy około 2 godzin. Nasz kapitan jest człowiekiem radosnym. Przedstawia nam się jako Mr Si. Mr Si od czasu do czasu musi opuszczać swoje miejsce za sterem łodzi, żeby wybierać wodę z naszej jednostki. Wtedy radośnie przekazuje ster Włodkowi, który udaje, że nigdy niczego innego w życiu nie robił, jak tylko siedział za sterem łodzi. Potem drepczemy do naszego tuk-tuka. To chyba największy tuk-tuk, jakiego widziałam w życiu – po prostu ciężarówka. Nasz kierowca, zataczając się, siada za kierownicą. Jego przyjaciel wskakuje do nas z butelką whisky Lao (ryżowy bimber). Obowiązkowo każdy wypija szklaneczkę. Dopiero wtedy ruszamy. Wodospad jest… brak mi słów. To tak naprawdę kilka pięter lejącej się wody, kilkadziesiąt pieczar i strumieni. Wszystko to oświetlone słońcem i oprawione w zieleń dżungli. Ja na początku odmawiam kąpieli. Chłopcy więc korzystają z okazji i wręczają mi swoje dokumenty, portfele i aparaty fotograficzne. Te rzeczy broń Boże nie mogą zmoknąć. W rezultacie przedzieram się przez wodę jak baletnica, w jednej ręce trzymając podkasaną spódnicę (to jedyny dzień, kiedy założyłam spódnicę), a w drugiej trzymając cały nasz dobytek. Zabawa przednia. Szkoda tylko, że trzeba wracać. Wieczorem żegnamy się z Hansem. On jeszcze chce trochę zostać w Luang Prabang, my już ciągniemy do przodu.