Luang Prabang – Vang Vieng (20 stycznia 2001)

Na dworcu autobusowym jesteśmy stosunkowo wcześnie. Poprzedniego dnia uzyskaliśmy co najmniej 5 sprzecznych informacji dotyczących godziny odjazdu autobusu do Vang Vieng. Mamy szczęście – autobus już stoi. Wrzucamy plecaki na dach i idziemy na śniadanie. Jedząc śniadanie, zauważamy, że autobus jakoś podejrzanie szybko się zapełnia. Kończymy je więc szybciutko i zajmujemy miejsca w autobusie. Miejsca starcza dla wszystkich – od czego są małe metalowe stołeczki, które można wcisnąć wszędzie. Droga jest kręta i niektórzy niestety nie są w stanie podziwiać jej uroku – cały czas nerwowo sięgają po plastikowe woreczki. Ja mam znowu to niesamowite szczęście i ten, który najczęściej korzysta z woreczka, siedzi dokładnie przede mną (przynajmniej nie muszę zamykać okna). Po drodze mamy aż dwa przystanki na „toaletę”. Zawsze w takich sytuacjach zazdroszczę panom – jest im zdecydowanie poręczniej. Po jakichś sześciu godzinach docieramy do Vang Vieng, gdzie Tom od razu rusza na poszukiwanie noclegu, ja waruję przy plecakach, a Włodek i Tony rzucają się na jedzenie w pobliskiej gospodzie.