Vientiane (25 stycznia 2001)

Rano nasi sąsiedzi, Żydzi, wyprowadzając się, zabierają ze sobą papier toaletowy z łazienki (nawet ten zapasowy). Gdybym to przewidziała, to bym ich uprzedziła, a tak zostaliśmy bez papieru. Wypożyczanie rowerów tak już nam wchodzi w krew, że znowu to robimy i jedziemy do polskiej ambasady. W ambasadzie przyjmuje nas pan ambasador, częstuje piwem i coca-colą. Rozmawia się z nim przemiło – naprawdę robi tu mnóstwo dla polskiej kultury. Po chwili dołącza się jego żona. Czujemy się jak w domu. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie na schodach, dostajemy stos gazet z Polski i pędzimy dalej. Chcemy dotrzeć do watu, gdzie można skosztować sauny. Wat znajdujemy, ale saunę jakoś wcielili. Znowu zatem pędzimy nad Mekong i tym razem czytamy gazety do upadłego.