Bangkok (1 lutego 2001)

No i proszę – już zaczął się nowy miesiąc. Trudno w to uwierzyć. Rano pędzimy na autobus do Bangkoku. Jesteśmy bardzo dumni, bo łapiemy jeden z pierwszych, a to oznacza, że będziemy mieli więcej czasu w Bangkoku na załatwienie wszystkich spraw organizacyjnych. Nasza radość nie trwa długo. Nasz autobus rozkracza się już po 10 minutach i musimy czekać na następny. Ten przyjeżdża po jakiejś pół godzinie. W Bangkoku ładujemy się w jakieś korki i nasz „nowy” autobus też zaczyna odmawiać posłuszeństwa. Na szczęście, z trudem bo z trudem, ale jakoś dociera do stacji autobusowej. Pędzimy szybko kupić czeki podróżne, zarezerwować nocleg i kupić bilety na Koh Tao. A potem przemiłe spotkanie z państwem Cwilewicz, którzy byli tak mili i przewieźli nam z kraju paczkę i zgodzili się zabrać przesyłkę do kraju. Zupełnie przez przypadek spotykamy rodziców Doroty Lisowskiej-Baranowskiej i stwierdzamy, że ten świat jest bardzo mały. Żeby świat był jeszcze mniejszy, wieczorem spotykamy Toma i spędzamy z nim pół godziny przed jego odlotem do Pakistanu.