Bangkok (2 lutego 2001)

To piękny dzień, żeby pojechać na południe i w końcu zacząć wypoczywać. Logistyka podróży jest tu fascynująca i zupełnie dla nas niezrozumiała. Najważniejsze, że mimo iż wygląda to jak czeski film, zawsze jakimś cudem docieramy na miejsce. Tym razem ładują nas do autobusu typu VIP (to znaczy mamy miejsce na nasze długie europejskie nogi i rozkładane fotele). Z jakichś tylko sobie znanych przyczyn każą nam usiąść z tyłu autobusu, a nie z przodu. Ja zasypiam prawie natychmiast.