Bangkok – Koh Tao (3 lutego 2001)

Włodek budzi mnie o 3 nad ranem, kiedy to każą nam wysiąść z autobusu i przesiąść się na pakę pick-upa. Pick-up zatrzymuje się przed jakimś hotelikiem, gdzie każą nam czekać i zjeść śniadanie (o 3 nad ranem – ha, ha, ha!). Kiedy próbujemy się czegoś dowiedzieć o dalszej części podróży, nasze pytania pozostają bez odpowiedzi. Po trzech godzinach pada komenda: jedziemy – i wrzucają nas do minibusa. Nasze nieśmiałe protesty, że bagaże na dachu warto byłoby jakoś przymocować, nie padają na podatny grunt, za to same bagaże spadają na drogę w trakcie jazdy. No ale już jesteśmy na przystani. Na pokładzie łodzi osaczają nas naganiacze szkół nurkowych. Jeden z nich, dowiadując się, że jesteśmy Polakami, bardzo się cieszy: „Ojej, to możecie mi pomóc. Mam przyjaciela Polaka, Marka” – wyjaśnia – „jest w Tajlandii od dwóch lat i to na moim utrzymaniu. Nie ma pieniędzy, nie chce pracować i nie ma ochoty wracać do domu i chyba coś mu się w głowie poprzestawiało. Próbowałem się skontaktować z jego rodziną w Polsce, ale nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Może spróbujecie z nim porozmawiać – może was posłucha”. Oczywiście spróbujemy porozmawiać, o ile będziemy mieli taką możliwość. Po przybiciu Włodek rusza na poszukiwanie bungalowu, a ja mam typowy nastrój na „nie”. Wszystko jest nie tak. To mają być te słynne wyspy? Przecież plaże w Polsce są dużo ładniejsze. To są te romantyczne bungalowy? Mam wrażenie, że jeszcze chwila a Włodek się wścieknie, postanawiam więc położyć się spać. Może jak się prześpię, to świat będzie piękniejszy. I tak się też dzieje. Podczas mojego snu coś dziwnego stało się z naszą wyspą – jest piękna. Kolację jemy na plaży, na tradycyjnych tajskich poduszkach w blasku świec i ogni.