Dziś nurkowanie. Zdecydowaliśmy się na Jima. To ciekawe – mając do wyboru dive mastera Taja i Amerykanina, wybieramy oczywiście… Amerykanina. Jim jest przesympatyczny – długi, nieporadny, krótkowzroczny i lekko roztargniony. Flegmatycznie próbuje skompletować nam sprzęt.
Ze względu na silny wiatr zmieniamy nasze plany i nie płyniemy do jaskini tylko na Koh Adang. Tym razem wchodzimy do wody z brzegu. Jedynym problemem jest mój nieszczelny inflator, którego w końcu Jim decyduje się odłączyć. Pozostaje mi więc nadmuchiwanie jacketu ustami. Po raz pierwszy żałuję, że nic a nic nie znam się na podwodnym świecie. Pozostaje mi tylko oglądanie i próba zapamiętania tego, co widzę, i późniejsze sprawdzenie w książce.
Drugi raz nurkujemy z łodzi. Nurkujemy dookoła podwodnego wzgórza, na szczycie którego znajduje się koralowy ogród. Jakiś stworek, który wydaje się nam dziwnie znajomy, groźnie otwiera malutki pyszczek. No jasne! To węgorz! Nagle nad nami szarańcza w pomarańczowych kamizelkach ratunkowych. Oczywiście to Japończycy. Snorkelują. To chyba jedyna nacja snorkelująca w kamizelkach. Jeden z Japończyków gubi maskę. Widzimy, jak powolutku opada coraz to niżej i niżej aż na samo dno. Spoglądam na Włodka. Wyłowić im tę maskę czy nie. No dobra, wyłowimy.
Wieczorem Jim żartem namawia nas do założenia własnej szkoły nurkowej. „Świetnie dajecie sobie radę” – mówi do nas. Ciekawe, czy naprawdę tak myśli, czy tylko bierze nas pod włos? Jakiś Holender o mało nie dostaje ataku serca, kiedy mówimy mu, że jesteśmy Polakami. Prawie krzyczy: „Polacy! W Tajlandii!” Szczerze mówiąc, jego reakcja nie jest odosobniona. Wielu się dziwi. Dlaczego?
