Bangkok – Sydney (24 lutego 2001)

I znowu lotnisko. Tym razem bez kolęd i może nie tak ciche jak wtedy o 5-tej rano, ale mimo wszystko całkiem spokojne. Mamy trochę czasu w zapasie, więc szwendamy się z miejsca na miejsce, bezmyślnie podjadając coś to tu, to tam. Bezmyślnie, bo po wejściu do samolotu okazuje się, że lot to jedna wielka uczta. Już na wejściu otrzymujemy menu, a potem tylko jemy, jemy i jemy z krótkimi przerwami na sen i nudne filmy oraz międzylądowanie w Sydney.