Auckland – Kaeo (27 lutego 2001)

Ruszamy na północ. Nie jest to najpopularniejszy kierunek – najczęściej wszyscy ruszają z Auckland na południe. I okazuje się, że nie jesteśmy jedynymi, którzy wpadli na taki pomysł. Po drodze bierzemy autostopowicza – Niemca, a później jeszcze dwóch Anglików. Docieramy do Bay of Islands – urokliwego i pioruńsko drogiego miejsca. Wieje wiatr, siąpi deszczyk. Rezygnujemy więc z wycieczki statkiem i popijamy herbatę w lokalnym barze. Miejscowość, w której jesteśmy, to Waitangi – miejsce znane każdemu Nowozelandczykowi. Tu właśnie w 1840 roku podpisano słynny traktat pomiędzy Koroną Brytyjską a Maorysami, w którym Maorysi uznali zwierzchnictwo Królowej, a ona zobowiązała się do opieki nad nimi. No a teraz jedziemy do Kaeo. Dlaczego właśnie tam? No cóż – tam mamy nasz nocleg. Pierwszy nocleg Servasowy. Ciekawe, jak to będzie? Po dokładne wskazówki, jak dotrzeć do Margaret Smith, mam do niej zadzwonić z Kaeo. Rozmowy telefoniczne nigdy nie były moim ulubionym zajęciem, ale rozmowy z Nowozelandczykami są jeszcze bardziej stresujące. Wszystkie samogłoski im się poprzestawiały! Margaret zaczyna mi tłumaczyć. Najpierw prosto do mostu nad rzeką (nazwy już nie jestem w stanie zapamiętać), potem skręcić w lewo i do następnego mostu nad rzeką, potem mamy jechać prosto przez X km polną drogą, potem jeszcze raz skręcić w lewo, potem znowu prosto, potem znowu w lewo, potem pod górę, potem prosto, potem w prawo. Razem około X km. Wracam do Włodka i powtarzam mu wskazówki. Boję się, że za chwilę wszystko zapomnę. Tak się zresztą dzieje. Włóczymy się po jakichś bezdrożach. Spotykamy kobietę z dziką krową. Wreszcie jakiś człowiek – wyskakuję z samochodu i dopytuję się o Margaret Smith. Kobieta uśmiecha się i mówi: „Ach tak, ale Małgorzata Smith nie jest z tych gór, tylko z tamtych” (jakiś nieokreślony ruch ręką). Teraz musimy jechać cały czas w lewo, potem minąć Mitchellów, Brownów, Thomsonów, a potem w prawo pod górę i już będziemy na miejscu. Żebym jeszcze wiedziała, gdzie te wszystkie rodziny mieszkają. Ku naszemu zdziwieniu jednak docieramy na miejsce. A Margaret czeka na nas z otwartymi ramionami.