Cape Reinga (28 lutego 2001)

Farma, na której mieszka Margaret, mieści się na wzgórzu z widokiem na święte miejsce Maorysów: górę Taratara. Rodzice jej męża kupili ziemię w ciemno w 1939 roku i po trzech miesiącach pieszej wędrówki z okolic Hamilton dotarli do swojej ziemi obiecanej. Następne 25 lat to karczowanie buszu, wydzieranie ziemi kawałek po kawałku pod uprawy i budowa domu, w którym dzisiaj nocujemy. Po śniadaniu ruszamy na Cape Reinga. W jakiejś przydrożnej mieścinie Włodek dzwoni do informacji promowej, żeby zarezerwować bilety z Wellington do Picton. Ku naszemu zdziwieniu okazuje się, że mimo iż dzwonimy 10 dni wcześniej, wszystkie bilety na tak zwany „wolny” prom już są wyprzedane. Pozostaje nam tylko droższa wersja promu. Na szczęście udaje się nam dostać zniżkę (odpowiednio wczesna rezerwacja). Cape Reinga to najdalej na północ wysunięty kawałek Nowej Zelandii i oczywiście święte miejsce Maorysów. Stąd ich zmarli ruszają na wieczny spoczynek. Wybrali sobie przepiękne miejsce na ostatnią wędrówkę. Tu spotykają się wody Oceanu Spokojnego i Morza Tasmana, a fale w czasie sztormu wznoszą się na ponad 10 metrów. My na szczęście mamy piękną pogodę i spędzamy przemiłą chwilę na plaży Te Paki. Potem jazda na słynną plażę „90 mil”. Tak naprawdę to powinna nazywać się „90 km”. To odcinek plaży odsłonięty w czasie odpływu, do którego można się dostać tylko korytem rzeki. Ponieważ ubezpieczenie naszego samochodu nie obejmuje jazd po rzece, a informacja przed wjechaniem w rzekę wyraźnie głosi, że stracono już tu bardzo wiele samochodów, protestuję bardzo gwałtownie, kiedy Włodek wjeżdża w rzekę. Podpowiem, że nasz samochodzik to Nissan Sunny z napędem na dwa koła – żaden z niego samochód terenowy. Po jakimś czasie Włodek zawraca, a ja wspinam się na wysokie wydmy. Słońce chyli się ku zachodowi. Czas na nas. Kiedy dojeżdżamy, Margaret czeka na nas z obiadem i pyta się, czy nie chcielibyśmy pomieszkać u niej dłużej. Bardzo byśmy chcieli, ale czas nas nagli.