Rotorua (4 marca 2001)

Cathy zaprasza nas, żebyśmy zostali u niej tak długo, jak chcemy. Musimy więc przeanalizować nasze plany ponownie. Na razie jednak jedziemy do Rotorua. O 10:15 chcemy zobaczyć gejzer Lady Knox. Ma on w zwyczaju wybuchać właśnie o tej godzinie. Siedzimy w tłumie zebranych widzów. Rzeczywiście równo o 10:15 gejzer wybucha i wznosi się na kilkanaście metrów. Jak to się dzieje? Otóż na początku wieku był to teren obozu więźniów pracujących przy sadzeniu lasu. Pewnego dnia przyszli wyprać swoje ubrania w gorącym źródle. Do prania użyli mydła, które zmieniło napięcie powierzchniowe wody i… wybuchł im gejzer. Pewnie zdziwili się dużo bardziej niż my. Ale my musimy już jechać dalej, do Rotorua, żeby odebrać nasze listy serwasowe. W Rotorua spotykamy się z Val, odbieramy listy i – dzięki mojemu nieumiejętnemu pilotowaniu – nie docieramy do starego kościółka, tylko do termicznego obszaru, który parę dni temu wybuchł i zmienił ukształtowanie terenu. Do kościoła też docieramy. Jest malutki i bardzo nastrojowy, położony nad brzegiem jeziora z Chrystusem wygrawerowanym na oknie, który wydaje się chodzić po wodach jeziora. Naprzeciwko kościółka jest tradycyjny dom spotkań Maorysów. Niestety zamknięty – zaglądamy więc tylko przez okna do środka. W drodze powrotnej do Taupo odwiedzamy najbardziej kolorowy park termiczny. Wieczorem Włodek pędzi do internetu, a ja spaceruję sobie z Cathy po okolicach Taupo. Spoglądamy na Cherry Island, przechodzimy koło bungy jumping (ciarki przechodzą mnie po plecach, kiedy spoglądam w dół), wędrujemy cichymi uliczkami. Cathy pokazuje mi dom nad rzeką, który niedawno był wystawiony na sprzedaż – zawsze chciała go obejrzeć, ale jakoś nigdy nie miała czasu. Pan wchodzący przez furtkę do tego właśnie domu musiał usłyszeć nas, bo gościnnie zaprasza do środka.