Tongariro Crossing (5 marca 2001)

Te nazwy maoryskie – człowiek może sobie język połamać. A jednak wszystkich wprawiamy w podziw swoją wymową miejscowych nazw. „Jak wy to robicie?” – dziwią się. „My tak nie potrafimy”. Na razie jeszcze nie umiemy wytłumaczyć tego zjawiska, na razie po głowie chodzi nam najpiękniejszy jednodniowy szlak Nowej Zelandii. Mamy szczęście – pogoda jest wspaniała. Błękitne niebo i lekki wiaterek. Wspinamy się „Klatką Schodową Diabła” do pierwszego krateru. Krajobraz księżycowy. Potem znowu trochę pod górę i następny krater. Skały mienią się kolorami, łapiemy za aparaty fotograficzne. Dosłownie zderzam się z jakąś dziewczyną, kiedy obie wyciągamy aparaty. Wybuchamy śmiechem. To nasza współtowarzyszka z black-water raftingu. Wędrujemy dalej wzdłuż szmaragdowych jezior, a potem w dół „poloninami” do buszu. Po 7 godzinach docieramy na parking, skąd zabiera nas autobus do miejscowości, w której zostawiliśmy nasz samochód.