Poranek spędzamy na bardzo miłej rozmowie z Marion i Barrym, którzy bardzo żałują, że nie możemy zostać dłużej. Są cudowni. Marion wyprala, wyprasowała i pocerowała nasze ubrania. Przygotowała lunch na drogę, wycałowała. Barry odkrył tajemnicę naszej pięknej wymowy maoryskiej. Otóż mamy dokładnie takie same samogłoski i ich połączenia jak Maorysi. Może by się tak nauczyć maoryskiego? Ale na nas już czas. Droga do Wellington daleka, a chcemy zdążyć przed zamknięciem ambasady (chcielibyśmy dowiedzieć się czegoś o deklaracjach PIT, które podobno można dostać w ambasadorach) i oczywiście do muzeum Te Papa. Wiemy od Allena, że Ambasada Polska znajduje się niedaleko górnej stacji kolejki linowej. Niestety w książce telefonicznej Ambasada Polska nie istnieje. Siadamy więc na tarasie kafejki i podziwiamy Wellington. W przewodniku przeczytaliśmy, że Te Papa w czwartki jest otwarte do 21:00 – wprawia nas to w dobry humor, dzisiaj jest właśnie czwartek. Mamy zatem szczęście. Jadąc do muzeum, zauważam orzełka na ścianie. No proszę – nasza Ambasada jednak istnieje. Bardzo miła pani, mimo zamkniętej ambasady, informuje mnie, że w kwestii PIT-ów nie mogą mi pomóc, bo sami muszą udać się po nie do Sydney. Te Papa bardzo nam się podoba – bawimy się jak małe dzieci. Najpierw świat przyrody i geologia. Dowiadujemy się, że 25 lutego było niewielkie trzęsienie ziemi w Nowej Zelandii – w zasadzie jest co miesiąc, więc to rzecz zupełnie normalna. Sprawdzamy, czy moglibyśmy być pierwszymi imigrantami w Nowej Zelandii. Ja odpadam od razu, bo jestem mężatką. Poszukiwani byli samotni mężczyźni co najwyżej z siostrami i samotne kobiety. W latach sześćdziesiątych XX wieku też nie poszłoby nam lepiej, chyba że mielibyśmy zapewnioną pracę. Ale za to okazuje się świetnym kapitanem statku przewożącego imigrantów i dorabiam się sporego majątku. Te Papa jest olbrzymie, a my wychodzimy jako ostatni. Potem jak zwykle internet i wieści ze świata, kolacja i jedziemy pod kasy promowe odebrać bilety. Te otworzą dopiero około północy, więc musimy poczekać. Do odprawy promowej mamy się zgłosić o 6:30 rano, więc postanawiamy przeczekać noc w samochodzie, bo już nie chce nam się szukać noclegu.
Napier – Wellington (8 marca 2001)
Teksty oryginalne dziennika „Podróż dookoła świata” pisane na komputerach bez zainstalowanych polskich znaków diakrytycznych. Korekta językowa wykonana automatycznie. Brak pełnej poprawności językowej.
Podróż dookoła świata
- Urzekająca egzotyka
- Pierwszy rafting
- Jest cudownie
- Puskhar Camel Festival
- Jaisalmer i Thar Desert
- Wakacje od wakacji
- Czysta przyjemność
- Dzień Wszystkich Świętych
- Pamiętny rzut monetą
- Wigilia poza domem
- Angkor Wat
- Koncert milenijny
- Trekking w Chiang Mai
- Mekong
- Inner-tube rafting
- Pierwszy „nur” w ciepłej wodzie
- Full Moon Party
- Black water rafting
- Skok na bungy
- Oodnadatta Track
- Uluru i Kata Tjuta
- Wielka Rafa Koralowa
- Sea World
- Borobodur
- Krajobraz Mt. Bromo
- Polscy księża misjonarze
- Raj na ziemi
- Znowu w szkole
- Blue Hole
- Ruiny Majów
- Kolorowa Guelaguetza
- Uroczy świat Tequili
- Olbrzymie olbrzymy
- Prawdziwy Dziki Zachód
- Błogie życie w SLC
- Cuda natury
- Machu Picchu
- Droga śmierci do parku Madidi
- Kopalnie srebra w Potosí
- Uwięzieni w Uyuni
- Ogromne ptaszyska
- Salsa, cygara i socjalizm
- Nasza złota jesień
