Rano udajemy się do świata iluzji. Eksperymenty z przyciąganiem ziemskim wprawiają nas w zachwyt, a trójwymiarowy labirynt sprawia mi wiele radości. Później małe szaleństwo z układankami, zgadywankami, zabawkami i hologramami.
No i w stronę Queenstown. Im bardziej się do niego zbliżamy, tym bardziej jest w samochodzie cicho. Włodek, ot tak, sobie wczoraj rzucił: „No to co, skaczemy?” Spojrzałam na niego, jakby coś mu się stało, i popukałam w czoło. Dzisiaj jednak coś już nas korci obydwojga. „No, to co? Skaczemy?” Włodkowi szczęka opada do kolan, kiedy odpowiadam, że tak – nie może w to uwierzyć. Chyba miał nadzieję, że powiem „nie” i sprawa zostanie zamknięta.
Decydujemy się skoczyć z historycznego miejsca: z mostu Kawarau (z niego w 1988 roku po raz pierwszy skoczono komercyjnie) – 43 metry. Decydujemy się skoczyć razem. Żeby skoczyć, czekamy w… tak, w kolejce. Co prawda paru śmiałków, mimo że już zapłaciło, decyduje się nie skakać.
Kiedy już jesteśmy na krawędzi, jesteśmy przerażeni. Teraz już nie ma odwrotu. Słyszymy tylko: 5,4,3,2,1 i… tafla wody przybliża się z niewiarygodną prędkością. Słyszę krzyk Włodka i swój… a potem tracę orientację. Nie wiem, gdzie jest góra, a gdzie dół. Tylko napływająca krew do głowy informuje mnie, że chyba jednak jesteśmy głową w dół. Podskakujemy na linie kilka razy. A potem, nie wierząc, że skoczyliśmy już, wdrapujemy się pod górę. Jacyś ludzie gratulują nam po drodze. My jeszcze trochę jesteśmy oszołomieni.
