Te Anau (15 marca 2001)

Te Anau to malenka mieścina, która ma nam posłużyć za bazę noclegową przez następne dwa dni. Trochę z duszą na ramieniu pytam się recepcjonistki, czy ma coś wolnego. Mamy szczęście – jest jeden wolny domek. Następna osoba za mną odchodzi z kwitkiem. Ja zaś wykorzystuję fakt, że nasz domek posiada kuchnię, i robię małe pranie w zlewie. Na popołudnie zaplanowaliśmy już wcześniej wędrówkę szlakiem Keplera.

Z przerażeniem czytam w przewodniku, że powinniśmy mieć rękawiczki, czapki i odpowiedni sprzęt, ponieważ w tym miejscu nigdy nie można być pewnym pogody. Rękawiczek i czapek nie mamy już od dłuższego czasu, możemy więc tylko liczyć na to, że pogoda nie zmieni się gwałtownie. Samochód zostawiamy na parkingu, gdzie jak zwykle widnieje olbrzymia tablica ostrzegająca wędrowców przed złodziejami. No proszę – to nie tylko w Polsce mamy do czynienia z tym problemem.

Wędrujemy od Rainbow Reach do Shallow Bay. Po drodze spotykamy jedynie lekko zagubionego Japończyka. Cisza, słońce, busz, ptaki i bagna… no i obrzydliwe muszki piaskowe. Ponieważ jesteśmy niedospani, po powrocie padamy na łóżka i śpimy znowu do samego rana.