Budzimy się rano i wskakujemy do samochodu. Dzisiaj przed nami fiordy Nowej Zelandii. Droga pnie się przez góry, jedziemy aleją znikającej góry i obok Lustrzanych Jezior, w których woda jest tak przezroczysta, że nie trzeba nurkować, żeby zobaczyć to, co się dzieje na dnie. Droga wije się jak wąż i cały czas wznosi się w górę. W pewnym momencie docieramy do tunelu. Co za koszmar! Ciemny, długi, nierówny, postrzępiony, woda kapie ze ścian – obrzydliwość. Marzymy tylko o tym, żeby się z niego wydostać. Już widzimy w oddali jasną plamę. Kiedy wyjeżdżamy, słońce uderza nas po oczach, a widoki zapierają dech w piersiach.
Jedziemy w dół wspaniałą doliną, która prowadzi do Milford fiordu. Już zakupiliśmy wycieczkę po fiordzie. Nasz stateczek jest dużo mniejszy od pozostałych, ale niezwykle wdzięczny. Kiedy ruszamy, kilka delfinów wyskakuje z wody na powitanie. Płyniemy fiordem wzdłuż postrzępionych brzegów, z których płyną wodospady, docieramy do samego ujścia i przed nami Morze Tasmańskie, no i oczywiście Australia. Wieje potężny wiatr – zawracamy. Gdzieś na brzegu widzimy pluskające się foki. Jak miło jest siedzieć w przytulnej kabinie i popijać herbatę. Wieczorem wybieramy się na spacer po Te Anau.
