Te Anau – Dunedin (17 marca 2001)

O 10 rano ruszamy do Dunedin. Pogoda jest piękna, decydujemy się więc na trasę widokową – to znaczy skamieniały las, chyba największy na świecie, zatokę delfinów, gdzie ku naszemu zdumieniu rzeczywiście są delfiny i wystarczy położyć się na wodzie, żeby te sympatyczne stworki natychmiast podpłynęły. Zajeżdżamy też pod wodospad. Ale po Laosie już żaden wodospad nie wywiera na nas zbyt wielkiego wrażenia. Następnie ja zasiadam za kierownicą i pierwszą moją czynnością jest utłuczenie jastrzębia. Włodek podziwia moje zdolności łowieckie. A ja piekę się za kierownicą. Dojeżdżamy na półwysep, na którym roi się od fok i słoni morskich. No a teraz trzeba byłoby znaleźć Boba. Nie wiadomo skąd i jak, ale w jakiś intuicyjny sposób znajdujemy drogę do jego tajemniczego ogrodu. Bob śmieje się, że jesteśmy jednymi z nielicznych, którym udało się do niego dotrzeć bez większych problemów. Byli podobno i tacy, którzy następnego dnia nie potrafili już wrócić.