Mount Cook – Christchurch (21 marca 2001)

Skoro świt pędzimy na Mt Cook. Wieje obrzydliwie i jest nam tak zimno, że pędzimy jak burza. Trasę pokonujemy w rekordowym tempie przy akompaniamencie spadających lawin. To przerażający dźwięk i tumany śniegu wzbijające się w powietrze. Najdziwniejsze jest to, że obydwoje odczuwamy zawroty głowy dokładnie w tym samym momencie i w tym samym miejscu, zarówno wchodząc pod górę, jak i schodząc w dół. Dziwne. A potem kierunek Christchurch. Po drodze zatrzymujemy się w jakimś niezwykle amerykańskim miasteczku, mimo że to Nowa Zelandia.