Hamilton – Adelaide (28 marca 2001)

Budzę się o 7:15. Świeci słońce. Cisza. Gdzieś przez drogę przeskakuje kangur. Włodek wpada na pomysł zrobienia zdjęć kangurom. Ruszamy więc na poszukiwanie tych przesympatycznych stworzeń. Musimy wyglądać pociesznie – wolno jedziemy samochodem, aparaty fotograficzne w pogotowiu, wpatrujemy się bacznie w ścianę lasu. Nagle. Tak. Są! Zatrzymujemy samochód, łapiemy aparaty i… już jest za późno. Migają nam tylko ich ogony. Te bestie robią to specjalnie. Bawią się z nami przednie, a wspomagają je w tym papugi, które jak tylko nas zobaczą, podnoszą przeraźliwy wrzask. Kolorowe kabalary jedne! W pewnej chwili Włodek zauważa jakiegoś powolnego kangurka. Kiedy zbliżamy się do niego, rozpoznajemy w naszym kangurku misia koalę. Całkiem sprawnie przebiega przez drogę i wspina się na drzewo. Obejmuje je łapkami i łypie na nas paciorkowymi oczami. Włodek jest już tak blisko niego, że mógłby dotknąć go ręką. Na szczęście decyduje się nie głaskać zwierzaka. Robimy parę zdjęć i zostawiamy misia w spokoju. Chyba się już do nas trochę przyzwyczaił i stwierdził, że nie jesteśmy aż tak groźni, bo nawet zdecydował się zejść z drzewa. Ale my już jedziemy dalej. Mijamy emu, które słysząc nasz samochód, uciekają w popłochu, a przy drodze co kawałek stoją znaki ostrzegawcze: „Uwaga kangury”. To nie przelewki – już kilka razy widzieliśmy padnięte kangury wzdłuż trasy. Właśnie mijamy jednego. Zatrzymujemy się i okazuje się, że to wcale nie kangur, a wombat. Nic mu już nie można pomóc. Przed nami już majaczy Mount Arapiles – wzgórze, które ni stąd, ni zowąd wyrasta z równin. Wjeżdżamy na górę samochodem i udajemy się na mały spacer. Podziwiamy roztaczające się widoki i pionowe skałki – nawet ktoś przygotowuje się do wspinaczki. Czytam mijane po drodze informacje dotyczące flory, fauny i Aborygenów. Rozbawiają mnie eufemistyczne stwierdzenia dotyczące Aborygenów zamieszkujących kiedyś te okolice: „Ostatniego Aborygena przeniesiono z tej okolicy do misji w 1870 roku”. Ciekawe, jak go przenieśli? Jak na razie nie udało nam się zobaczyć ani pół Aborygena. No i w drogę – chcemy dotrzeć do Coorong National Park. Położony na długiej i wąskiej mierzei (znanej tu pod nazwą Young Husband’s Peninsula) pomiędzy morzem a słonymi jeziorami jest trudno dostępny dla samochodów. Włodek zamienia naszego Falcona w 4WD i dokonuje cudu, dojeżdżając aż do samych wydm. Naszym celem jest plaża, niedaleko której rozbił się wiele lat temu statek. Podobno przy niskim stanie wody można zobaczyć jego szczątki. Niestety jest przypływ i jak okiem sięgnąć, nie widać nic, tylko fale, fale i jeszcze raz fale błyszczące się w słońcu. Wracamy przez piaszczyste wydmy do samochodu i obieramy kierunek na Adelaide. Adelaide tak naprawdę znaczy dla nas wizytę u Adama, towarzysza podróży w Nepalu i wspaniałego przyjaciela. Adam wytłumaczył Włodkowi drogę do pewnego momentu, potem mamy dzwonić po dalsze wskazówki. I jak tu nie wierzyć naszemu szczęściu – skręciliśmy za tunelem w prawo, potem na piątych dużych światłach jeszcze raz w prawo, potem w górę i w dół, potem jeszcze raz w górę i w dół, no i co widzimy? Oczywiście samochód policyjny. Ach, jak my tu lubimy policjantów i z jakąż radością zawsze nękamy ich pytaniami. A oni zawsze są tacy cierpliwi i uprzejmi – wyciągają plan miasta i pokazują nam dalszą drogę. Kiedy docieramy do Adama, rzucamy się sobie w ramiona i trudno nam uwierzyć, że znowu się widzimy – po 5 miesiącach! Adam częstuje nas przepysznym polskim obiadem (nawet jest kapusta kiszona), sam niestety nic nie może jeść, bo jutro ma zabieg w szpitalu i obowiązuje go ścisła dieta.