Adelaide (30 marca 2001)

Śpimy. To niesamowite, ile człowiek może spać. Śniadanie nad brzegiem basenu. Otwieram przewodnik i szukam czegoś ciekawego do zwiedzenia. Osiołkowi w żłobie dano – zwycięża mój żołądek i decydujemy się na wizytę w miejscowej fabryce czekolady. Tłumek, który zebrał się pod drzwiami, zdecydowanie lubi czekoladę. Od chwili wyjazdu z Azji jesteśmy przerażeni obfitością i rozmiarami ludzi – co oni z sobą wyprawiają? Sama fabryka jest o tyle ciekawa, że w dobie automatyzacji jest w 50% ręcznie obsługiwana, no i w 100% australijska. Z olbrzymich zdjęć szczerzą do nas zęby 4 pokolenia właścicieli fabryki. Ciekawe, ci nie wyglądają na takich, co by lubili czekoladę. Pani przewodniczka chyba wyczuwa nieme pytanie zgromadzonego tłumku i pospiesznie wyjaśnia: „Nasza czekolada jest najwyższej jakości i nie potrzeba jej wiele jeść”. No zobaczymy – za chwilę ma być degustacja. Jak dla mnie to ta czekolada jest za słodka, ale może tak już musi być. W drodze do domu odbieramy Adama. Fajnie, że już jest z nami. Trochę miota nami sumienie, że zwiedzanie Adelaide sprowadziliśmy do zwiedzenia fabryki czekolady, więc po południu znowu wizyta w mieście. Poznaję bardzo dokładnie uniwersytet, gdyż zwiedzam jego piętra w poszukiwaniu toalety, a potem zwiedzamy centrum, jak zwykle kończąc w ciastkarni (tym razem przy serniku na zimno i jazzie na żywo). Niedaleko Galerii Sztuki na trawniku widzimy pierwszych Aborygenów. Miejmy nadzieję, że to nie jedynie „eksponaty”! A wieczorem uczta dla ducha – jeszcze raz wyprawa do Nepalu, to znaczy slajdy Adama. Chociaż to było już ponad pół roku temu, poznajemy prawie każdy kamień po drodze.