A to niespodzianka! Drogi w Flinders Range są raczej przeznaczone na samochody typu 4WD. Jedynie do centrum odwiedzających prowadzi asfaltówka, która przeciska się przez jedyną szczelinę w łańcuchu otaczającym płaskowyż zwany Wilpena Pound. Uparci osadnicy przez wiele lat próbowali tam siać i orać, aż w końcu susza i brak transportu wypędziły ich z tego zakątka świata.
Wspinamy się na punkt widokowy – niebo zachmurzone, więc nawet nie chce się wyciągać aparatów fotograficznych. Niewiadomo dlaczego obydwojgu przychodzi nam nagle na myśl Afryka. Nasz „bydlaczek” dzielnie sprawuje się jak na razie. Tylko raz wyskakujemy w powietrze na wybojach i z hukiem walimy o ziemię. Święty kanion, do którego jedziemy, jest podobno bardzo ciekawy ze względu na aborygeńskie ryty naskalne. Już zacieram ręce z radości. Na razie jedynie oglądamy tylko kangury leżące, skaczące, drapiące się, uciekające, pasące i przyglądające się nam.
Idziemy korytem wyschniętego strumienia, uważnie przyglądając się ścianom kanionu. Gdzie są te ryty? Są niby jakieś kółka i jakby paluchy kangurów, ale to chyba nie to. Wędrujemy jeszcze raz, pniemy się na szczyt wzgórza i nic. To chyba były te kółka. No cóż – może to po prostu bardzo prymitywna sztuka. Park chcemy opuścić wąwozem Brachina, który wiedzie wyschniętym korytem rzeki. Przejażdżka zupełnie niesamowita – skały mienią się kolorami. Co okres geologiczny, to inny kolor. Historia ziemi przed nami.
„Bydlaczek” nadal grzeczny i nie sprawia nam kłopotów. Napawa nas to otuchą na przyszłość. Tankujemy – benzyna z każdym tankowaniem droższa. Pani, która obsługuje nasz samochód, na nasze pytanie o pogodę i warunki drogowe na pustyni spogląda z politowaniem na nas i nasz samochód, i zadaje tylko jedno pytanie: „A 2 koła zapasowe macie?” Nie mamy.
