Marree – Oodnadatta track – Coober Pedy (3 kwietnia 2001)

Tablica informacyjna przed wjazdem na szlak nie dodaje nam otuchy: dwa zapasowe koła, dwa lewarki, lina holownicza, szpadel, apteczka i… Sympatyczna panienka na stacji benzynowej pociesza nas: „No jak wykażecie trochę zdrowego rozsądku, weźmiecie wody i jedzenia na tydzień, to wszystko powinno być w porządku”. Otwieram oczy szeroko ze zdumienia: „Po co nam jedzenie i woda na tydzień?” „No jak gdzieś utkniecie, to może i tydzień trzeba będzie czekać, aż was ktoś znajdzie”.

Ruszamy. W lusterku miga nam rowerzysta, który samotnie zamierza się zmierzyć z pustynią. Może nie będzie tak źle. Przed „płotem dingo” kangur staje słupka i przygląda nam się z zainteresowaniem. Później jakby zrezygnowany kica dalej. Żar wali z nieba. Na naszym termometrze, w cieniu opony, jest 40 stopni. Droga prowadzi wzdłuż starego szlaku kolejowego. Gdzieniegdzie widać jeszcze ruiny stacji. Wzdłuż drogi bieleją kości, głównie kangurów. Wokół nas pustka i cisza.

Gorące powietrze tak drga nad wyschniętym jeziorem Eyre, że wydaje nam się, że jest w nim woda. Im bardziej się do niej zbliżamy, tym bardziej się ona oddala. Pod sandałkami trzeszczy skorupa soli, nad nami krążą drapieżne ptaki. Spoceni jesteśmy jak małe myszki. Do szalu doprowadzają nas muchy, które wlazą do uszu, nosa, oczu i ust. Nie chcą nas nawet opuścić w małym źródełku termicznym, w którym zanurzamy się z radością, żeby trochę ochłonąć.

Po prawie 300 km wreszcie pierwsza osada na drodze: William Creek. Chłodny pub i chłodne picie. No i dalej w drogę. Teraz już czeka nas 169 km drogi przez pustynię rodem z „Mad Max III”. I muzyka INXS – jak świetnie pasuje do tego krajobrazu. Po jakichś 60 km widzimy samochód jadący z naprzeciwka. Kierowca macha, żeby się zatrzymać. W paru słowach tłumaczy, że ich przyjaciele walnęli w jakiś kamień i poszedł im napęd. Stoją rozkraczonym samochodem niedaleko. „Czy jest jakiś warsztat samochodowy w William Creek?” Pocieszamy ich, że jest. My docieramy bez większych problemów do Coober Pedy, mijając po drodze parę trąb powietrznych.