Coober Pedy, jak i cała okolica, na nadmiar wody nie narzeka. Za prysznic trzeba płacić dodatkowo, niezależnie od tego, czy ciepły, czy zimny. Ale mamy basen na kempingu, w którym miło jest się zanurzyć. Coober Pedy wygląda na dość niewielkie miasteczko, a to głównie dlatego, że jest ukryte w większości pod ziemią. Tam nie jest tak gorąco. Zastanawiam się więc, po jakie licho ludzie się tu pchają. Odpowiedź jest prosta: opale!!! Podobno wystarczy kopnąć w ziemię, żeby coś znaleźć. Kopię zawzięcie we wszystkie napotkane kamienie, ale niestety tylko sandały mi się kurzą. Oglądamy miasto z punktu widokowego, rzucamy okiem na kopalnię zamienioną w muzeum, zachodzimy do podziemnej księgarni i naziemnego internetu i ruszamy w drogę.

© 2026 Włodzimierz Serwiński. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Wszędzie pustkowie, które urozmaicamy sobie słuchaniem płyt pożyczonych od Kasi. Bezwiednie przesuwam wzrok po poboczu. Nagle widzę olbrzymią jaszczurkę. Tak się zapowietrzam z wrażenia, że jestem w stanie wykrztusić tylko: „Zatrzymaj się… Cofnij… Tam jest…” Na szczęście nie muszę nic mówić, bo Włodek sam widzi. Olbrzymia 1,5-metrowa goanna – wygląda zupełnie jak przedpotopowy potwór. Włodek oczywiście wyskakuje z samochodu i pędzi robić zdjęcia, ja trzymam się ostrożnie z tyłu.

© 2026 Włodzimierz Serwiński. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Miło jest spotkać wreszcie żywego zwierzaka. Jak na razie mieliśmy do czynienia z ofiarami nocnych „road trainów” – olbrzymich 57-metrowych ciężarówek. Wyposażone w stalowe sztaby z przodu pędzą nocą, zabijając wszystko, co akurat się znajdzie na drodze. Czasami też bym tak chciała, żeby nasz samochód miał sztaby zwane tu „bull-bars”. Nasze spotkanie z krową skończyłoby się tragicznie dla obu stron.
