Uluru – Kata Tjuta (5 kwietnia 2001)

Są takie miejsca na świecie, gdzie turyści z podkrążonymi oczyma, ziewając, gromadzą się o świcie, żeby obejrzeć wschód słońca. Uluru to właśnie jedno z takich miejsc. Stoimy wśród tłumu gapiów i wlepiamy oczy w największy monolit świata. Powoli oświetlają go promienie słoneczne. Pstrykają aparaty. Słyszę jakąś Amerykankę: „To już ostatnie zdjęcie, przyrzekam” – i za chwilę słyszę kolejny pstryk i okrzyk: „Kłamałam!”

Potem, jak każe tradycja, wspinamy się na Uluru. Śmiesznie wygląda sznurek ludzików pnących się pod górę. Mimo wielu ostrzeżeń i tablic poświęconych tym, którzy zginęli, wchodząc na Uluru, pchają się wszyscy. Z góry roztacza się przepiękny widok na okolicę, a przede wszystkim na Kata Tjuta. Bez słów wiemy, że właśnie tam chcemy pójść. Tylko czy szlak będzie otwarty? Ze względów bezpieczeństwa, jeśli temperatura w cieniu przekracza 36 stopni, szlak jest zamykany. Całe szczęście dzisiaj jest tylko 35. Wspinamy się wąską ścieżynką do wnętrza gór, a tam zielony ogród i strumień i zapachy jakichś nieznanych nam ziół. Siadamy na szczycie przełęczy i nie chce nam się ruszać – jest tak pięknie.

Do Centrum Kulturowego, od którego powinniśmy zacząć według wszystkich przewodników, trafiamy dopiero pod koniec dnia i wcale tego nie żałujemy, bo trafiamy na dopiero co przyniesiony smakołyk aborygeński, czyli dużego, białego i tłustego robala. Tym razem nie zamierzam go degustować.

Kata Tjuta tak nas zachwyciła, że to właśnie ją zamierzamy oglądać o zachodzie słońca. Dlatego ponownie wspinamy się na Uluru i pewnie dzięki temu mamy największą ilość zdjęć na świecie, bo wszyscy turyści oglądają i robią zdjęcia Uluru o zachodzie słońca. W ciszy podziwiamy Kata Tjuta i schodzimy powolutku w dół. A na dole spotykamy Czechów, z którymi wymieniamy się wiadomościami i znowu w drogę.