King’s Canyon – Hermannsburg (6 kwietnia 2001)

Widok autokarów z wycieczkami szkolnymi trochę nas przeraża. To niejako za nas ustala kolejność wędrówki – idziemy najpierw tam, gdzie ich nie ma, czyli do wnętrza kanionu. Nie sprawia on na nas takiego zachwytu – zawalony kamieniami, zarośnięty sprawia wrażenie wielkiego bałaganu. Przewodnik jakiejś grupy opowiada mrożącą krew w żyłach historię o 4-letniej dziewczynce, która spadła z wysokich ścian kanionu. Mamy wrażenie, że w Australii każde miejsce zbiera krwawe żniwo. Tylko z wrodzonego poczucia obowiązku ruszamy na trasę wokół kanionu. Wycieczek szkolnych już na szczęście nie widać.

Pniemy się w upale pod górę. Pot z nas ścieka, muchy dokuczają. Na chwilę przysiadamy na szczycie. Z głębi kanionu dochodzą nas potępieńcze głosy – jakieś wycia, pojękiwania – ciekawe, co to jest? Droga robi się coraz ciekawsza. Wśród kamiennych czerwonych piramid rosną zielone trawy, drzewa, cykady. Naturalne kamienne schody mają kształt stóp olbrzyma. Ma się wrażenie, że jakieś nadludzkie stwory wycisnęły swoje ślady w kamieniu, wędrując gdzieś hen do nieba. Nic dziwnego, że to też jest święte miejsce Aborygenów.

Nie jesteśmy świadomi, że czeka na nas jeszcze ogród zwany Edenem. To z niego dochodziły nas potępieńcze wycia – czyli głosy młodzieży szkolnej odbijające się od ścian wąwozu. Właśnie opuszczają to malownicze oczko wodne w samym środku kamiennej „pustyni”. Mamy więc czas na samotne podziwianie Edenu i kąpiel. Burczenie w żołądku decyduje o naszym powrocie.

Po obiedzie mam ochotę jeszcze trochę poleniuchować w słońcu, ale Włodek wiedziony tajemniczym instynktem mówi, że lepiej już ruszać w drogę. Wydaje mi się, że to przesada, bo przed nami wcale nie taka długa droga, no ale on jest w końcu kierowcą. Wszystko idzie nam dość sprawnie przez pierwsze kilometry do miejsca, gdzie kończy się utwardzana droga. Jedziemy wolno, omijając wysokie koleiny i głębokie dziury, wzbijając za sobą tumany kurzu. Od czasu do czasu przy drodze czerwona tablica z ostrzeżeniem: „Droga niebezpieczna! Wskazane specjalne techniki prowadzenia samochodu!” A niech ich. Krajobraz wokół nas rekompensuje nam wszystkie wyboje.

Zachód słońca nad srebrnymi trawami zapiera dech w piersiach. Włodka jedynie niepokoją ciemne chmury i błyski na niebie. Z nadzieją zauważam, że może to tylko samolot. Kiedy już wiemy, że to nie samolot, patrzę na mapę, łudząc się, że może nasza droga gwałtownie skręci i zmienimy kierunek. Ale nie, walimy prosto na burzę. Dreszcze przechodzą nam po plecach – wolimy nie myśleć, co będzie, jak nas złapie burza.

Słyszeliśmy wiele opowieści o drogach zamieniających się w potoki i rwące strumienie i samochodach, które utknęły w nich na bardzo długi czas. Kiedy przejeżdżamy przez przełęcz, mijają nas dwie trąby powietrzne. Robi nam się trochę dziwnie. Ale burza znika w oddali. Nam pozostaje tylko droga przez mękę, czyli rozmiękłą drogę i rwące strumienie. Jedziemy z prędkością indyjskiego autobusu. Samochód ślizga się w czerwonej mazi, spod kół tryskają fontanny błota i kamieni. Gdzieś po 22:00 zatrzymujemy się w szczerej „sawannie”, robimy coś do jedzenia i zasypiamy na siedzeniach samochodu.