Hermannsburg – Alice Springs (7 kwietnia 2001)

Ale paskudna noc. Budzę się co godzinę. Gdzieś koło 1-ej w nocy budzi mnie pukanie w dach samochodu. Jakieś olbrzymie ptaszysko przysiadło sobie na dachu i wali w niego skrzydłami. Brrr. Mam wrażenie, że z oddali dochodzi mnie wycie psów dingo. Moje kręcenie się budzi Włodka. Kiedy mówię mu o dingo, mówi, że to pewnie tylko jego chrapanie i mam spać. Może rzeczywiście to tylko moja wyobraźnia.

Słońce powolutku wytacza się zza horyzontu. Wychodzę z samochodu, żeby zagotować wodę na herbatę. Wokół mnie cisza i niekończące się równiny pokryte srebrzysto-zielonymi trawami. Budzę Włodka na śniadanie i ruszamy w stronę Hermannsburga, luterańskiej misji z 2. połowy XIX wieku, a dziś „zastrzeżonego” miasteczka Aborygenów. Po drodze znowu pokonujemy małą rzeczkę. W świetle dziennym nie wygląda już ona tak upiornie. Zatrzymujemy się w samym jej środku i spłukujemy nasz samochód z ochronnych barw, w które przystroiła go burza. Wzbudzamy zainteresowanie paru osób. Rzeczywiście mycie samochodu kubeczkami od herbaty jest dość ciekawą czynnością.

Samo miasteczko przytłacza beznadzieją. Z każdego kąta wyziera nuda. Przed domem siedzi młody mężczyzna i nogami przesypuje piasek. Zdezelowane samochody z powybijanymi szybami oraz psy, które na nasz widok pokazują kły. Dzieciaki z zasmarkanymi buzią, bawiące się resztką wózka, uśmiechają się do nas przyjaźnie. Tankujemy benzynę. Duży napis: „No credit cards”.

Podjeżdżamy pod teren byłej misji. Nasz wzrok przykuwa napis: „Domowe wypieki”. Wchodzimy do środka. Dom tchnie atmosferą z przeszłości. Na ścianach portrety pastorów i ich rodzin, historia misji. Stropy z gałęzi, bielone nierówne ściany i pyszna szarlotka. Popijając herbatę, czytam historię pastora Strehlowa. Jemu i jego żonie dotarcie do tego miejsca zajęło 20 miesięcy. Ona i ich syn zmarli na dur brzuszny. Gdzieś na ścianie widzimy też obrazy i zdjęcie Alberta Namatjiry, pierwszego Aborygena, który w dowód uznania w 1957 roku otrzymał obywatelstwo australijskie i… pozwolenie na kupno alkoholu. Ponieważ zaczął go kupować dla bliższej i dalszej rodziny, został aresztowany na pół roku.

Kiedy cofamy się drogą do rozjazdu na West MacDonnell Ranges, Włodek gwałtownie skręca, żeby nie rozjechać olbrzymiego węża, który ku naszemu zdziwieniu skręca się i atakuje nasz samochód. Przerażona zamykam szybę, a Włodek wzdycha ciężko: „No widzisz, i taka to wdzięczność. Człowiek stara się i omija go, a trzeba było nam go przejechać i zrobić zdjęcie, a tak to nie zdążyłem. :-)))”

Nie wiadomo dlaczego, ale od jakiegoś czasu Włodek zapalił pasją robienia zdjęć wszelakiego rodzaju padlinie. Ja padlinę wyczuwam już z daleka. W rozgrzanym powietrzu daleko rozchodzi się słodko-mdły zapach. Włodek znowu ostro hamuje. Właśnie mijamy krowę, a w zasadzie jej resztki w postaci skóry i rogu rozpaczliwie sterczącego w górę. Po dojechaniu do granic parku okazuje się, że dopiero co wyjechaliśmy z drogi, na którą potrzebne jest specjalne zezwolenie oraz że w żadnym wypadku nie wolno na niej nocować ani się zatrzymywać. Nieźle nabroiliśmy zeszłej nocy.

Trochę już jesteśmy zmęczeni, ale mimo to odwiedzamy wszystkie „ciekawostki” parku. Wreszcie okropnie zmęczeni padamy przy Ellery Creek Big Hole – poddeszczowym jeziorku wśród skał. Pływamy w nim i wygrzewamy się na skałkach, wypatrując skalnych kangurów. Te spotykamy dopiero w następnym kanionie. No i wreszcie Alice Springs. Przy podawaniu nazwiska na kempingu jak zwykle zdziwienie: „Polacy, nigdy ich tu nie było”. Wygląda na to, że jesteśmy pionierami. Przynajmniej na tym kempingu. No i spać, spać, spać i jeszcze raz spać!