Kakadu National Park (15 kwietnia 2001)

Chcieliśmy spędzić trzy dni w Kakadu. Ale będziemy chyba tylko jeden pełny dzień. Jeszcze wiele miejsc jest zupełnie niedostępnych z powodu wysokiego stanu wody. Cóż, mówi się trudno i żyje się dalej. Ja już i tak przeżyłam pierwsze rozczarowanie, że tam wcale nie ma papug kakadu. Najpierw podziwiamy rysunki naskalne Aborygenów. To znaczy niezupełnie tak – najpierw jesteśmy najzwyczajniej w świecie rozczarowani brakiem jakiegokolwiek smaku i gustu, ale później, przy następnych, już tylko milczymy i podziwiamy w milczeniu. Robię zdjęcia, trzymając kciuki, żeby coś z nich wyszło. Z „Galerii” wspinamy się na górę, skąd możemy podziwiać widoki na park, i wybieramy się do billabong (coś w rodzaju jeziorka), które widzieliśmy na filmie. Niestety szlak zamknięty ze względu na wysoki stan wody i obecność krokodyli. To nie powstrzymuje Włodka. Ponieważ moja mama nie pozwalała nam się rozdzielać :-), idę za nim, nerwowo się rozglądając. Już czuję na łydce zębiska krokodyli. W którymś momencie nie wytrzymuję nerwowo i wołam: „Ja już dalej nie idę!” A później wędrówka do strumienia, w którym spłukujemy kurz i pot, a na deser wycieczka stateczkiem po Yellow Water Billabong. Tu dopiero się dowiaduję, że teraz krokodyle niechętnie wyglądają ze swoich kryjówek, bo mają okres godowy i bardziej zainteresowane są sobą niż smakowitym kąskiem w postaci człowieka. Trzeba było mi tak od razu mówić!